fbpx

Książka

Zmierzch Homo Economicus

okładka książki Sedlacek Orrell Zmierzch Homo Economicus
Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 152 / (48) 2022

Latem 2011 roku w Oksfordzie Roman Chlupatý przeprowadził z Sedláckiem wywiad, który pierwotnie był przeznaczony dla radia. Wyszła z niego oryginalna i łatwa w odbiorze refleksja nad skomplikowanym problemem. Za pomocą inspirujących porównań i metafor nawiązujących do fizyki, literatury i biologii Sedláček i Orrell wnikają do istoty systemu, skłaniając czytelników do myślenia i proponując – nie narzucając – rozwiązania (z mat. wydawcy).

Wydawnictwu Studio Emka dziękujemy za udostępnienie fragmentu do publikacji. Zachęcamy do lektury całej książki.

[…]

I. Potrzeba nam twardszego kryzysu. Potem będzie lepiej

Roman Chlupatý: Czy jest możliwe, że nasze doświadczenia z kryzysem zmienią coś w tej wierze w ekonomię, w podejściu do niej?

Tomáš Sedláček: Moim zdaniem kryzys nie był na to dość twardy. Jeżeli trochę zaboli cię ząb, poradzisz sobie po swojemu. Wypijesz kieliszek śliwowicy albo weźmiesz pigułkę i będzie ci lepiej. Tylko kiedy ból jest naprawdę nie do wytrzymania, idziesz do lekarza. Natychmiast. I problem zostaje rzeczywiście rozwiązany. A ja uważam, że i w Europie, i w Ameryce jak dotąd wciąż jest tak, że nie musimy chodzić do lekarza. Wiemy, że coś jest nie w porządku, ale myślimy sobie, że znowu wyleczy nas lekarstwo z rośliny, którą prababcia hoduje w ogródku. Wierzymy, że nam pomoże.

R: Chodzi ci o obsesję na punkcie wzrostu, która nas ostatnio otacza i o której wspomniał już David? Czy można porównać wzrost gospodarczy do tej śliwowicy, która nas ogłupi, ale nie wyleczy?

T: To przekonanie, że wzrost jest zupełnie normalny; przekonanie, że system rośnie niejako automatycznie i sam z siebie… to jest śmiechu warte. Ekonomia opiera się na równowadze. Skąd zatem bierze się ta wiara, że wzrost jest czymś normalnym, skoro jednocześnie mamy pozostawać w stanie równowagi?

Wiele nam podpowie spojrzenie na historię. Klasyczna ekonomia badała stan zrównoważony, statyczny. Od tego zaczęto. Rozważano, jak to będzie wyglądało, kiedy się „tam” dostaniemy – aż po prostu przestaniemy rosnąć. Innymi słowy, klasycznych ekonomistów nieszczególnie interesował wzrost. Interesował ich stan ostateczny. Ale teraz jest inaczej. Mało kto myśli o tym, jak będzie wyglądało społeczeństwo, gdy na przykład po stu latach wzrost się zatrzyma. Czy wynikiem stuletniego wzrostu będzie społeczeństwo dobre czy złe. Czy idziemy w kierunku, w którym chcemy iść. Szczerze mówiąc, w tej sprawie nie mam konkretnej opinii. Ale niepokoi mnie, że o te rzeczy nikt nawet nie pyta.

Dodałbym jeszcze jedno. Popatrz, jak często mówimy o produkcie krajowym brutto. Jacy byliśmy zachwyceni, że PKB niektórych państw europejskich wzrósł w zeszłym roku o dwa czy trzy procent. Ale nikt już nie wspomina że w tym samym roku mieliśmy w budżetach deficyty w wysokości siedmiu, ośmiu, dziewięciu procent. Czyli, mówiąc w uproszczony sposób, za trzyprocentowy wzrost PKB zapłaciliśmy siedmioma, ośmioma, dziewięcioma procentami deficytu. To przecież nie jest żaden powód do radości!

Wciąż nie potrafimy odciąć wzrostu od zadłużenia. To wpakowało w kłopoty banki, zwykłych ludzi i całe państwa. Sztuczny wzrost napędzany długiem był jednym z powodów niedawnego upadku. Nie jedynym powodem, ale zasadniczym. I moim zdaniem tutaj, jak na razie, nie zmieniliśmy nic.

David Orrell: Jedną ze spraw, które dopiero teraz do nas docierają w związku ze wzrostem gospodarczym, jest to, że zawsze się go wyraża za pomocą produktu krajowego brutto. A jeżeli spojrzymy na Stany Zjednoczone, to od lat sześćdziesiątych ich PKB mniej więcej się potroił. To wygląda dobrze. Ale w zasadzie nie znaczy w ogóle nic.

Trzeba bowiem popatrzeć na dystrybucję tego nowo wytworzonego bogactwa. A wtedy okazuje się, że średnia pensja w Ameryce nie zmieniła się od lat siedemdziesiątych. W każdym razie od tego czasu wzrosła naprawdę nieznacznie.

Czyli na wzroście gospodarki zyskuje tylko nieliczna grupa bardzo bogatych ludzi. Dochody jednego procenta najbogatszych Amerykanów wzrosły od lat siedemdziesiątych bardzo wyraźnie, a jeżeli zawęzić tę grupkę do 0,1 procenta najbogatszych, możemy mówić o astronomicznym tempie wzrostu. Innymi słowy, wyraźnie rosną nierówności. Jasne, także w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych istniały różnice między bogatymi a biednymi. Ale teraz są naprawdę ekstremalne.

[…]

V. Władza w ekonomii, władza nad ekonomią

R: Co trzeba zrobić, żeby zmienił się stan rzeczy, żeby – jak powiedziałeś – uleczyć nasze bolączki?

T: Po pierwsze musimy pozbyć się przekonania, że nie obejdziemy się bez wzrostu, że wzrost to wszystko. Po drugie, David, opisując nasz system w swojej książce „Economyths”, używa metafory z poduszką powietrzną, która działa posłusznie i za każdym razem – tylko akurat nie wtedy, kiedy w coś uderzysz. Ja z kolei porównuję nasz system do parasola, który chroni nas w każdych okolicznościach – tylko nie podczas deszczu. To przecież można powiedzieć także o nowoczesnej gospodarce!

Dlatego zachęcam: pozbądźmy się nabożnej czci dla statystyki PKB. Bądźmy skromniejsi. Przestańmy starać się osiągnąć wymuszoną dokładność. A wszystko to zakończę cytatem: lepiej mieć z grubsza rację, niż dokładnie się mylić. Uważam, że w ostatnich latach dokładnie się myliliśmy. Aż za bardzo.

D: Zgadzam się. Przy tym, moim zdaniem, główną przeszkodą dla zmian nie jest niedostatek alternatywnych teorii albo myśli. One są do dyspozycji już od jakiegoś czasu. Tą główną przeszkodą jest władza.

Wiesz, kiedy pisałem „Economyths”, nagle mniej więcej w połowie pisania dotarło do mnie, że aktualna mainstreamowa teoria jest naprawdę głupia…

T: Owszem, jest…

D: …i zadałem sobie pytanie: jak to możliwe, że wciąż dominuje? Przecież nie tylko dlatego, że jej obrońcy są wspaniałymi mówcami. Potem uświadomiłem sobie, że trzeba prześledzić przepływ pieniędzy.

Mainstreamowa teoria ekonomiczna wychodzi z założenia, że cena, którą określi wolny rynek, jest właściwa. A teraz pomyśl, że szefowie wielkich firm dostają pensje pięćset razy wyższe niż średnie wynagrodzenie. Kiedyś otrzymywali trzydzieści razy więcej. A to jest przecież ogromna zmiana! Jednak według teorii to jest w porządku. Wyłącznie dlatego, że tak ustalił rynek. A on ma zawsze rację. Kto na tym zyskuje? Procent, promil, jedna dziesiąta promila miliarderów, którzy są na szczycie piramidy. Oni, z całkiem zrozumiałych względów, nie są zainteresowani zmienianiem czegokolwiek we współczesnej wierze w nowoczesną ekonomię.

A młodzi mądrzy ludzie, którzy mogliby odkryć dziury w aktualnym mainstreamie? Strażnicy istniejącego porządku zrobią wszystko, żeby ich jak najszybciej przeciągnąć na swoją stronę. Na przykład, kiedy studiowałem tu, w Oksfordzie, stwierdziłem, że dużą część matematyków obrońcy mainstreamu wyłapują jeszcze na studiach. Instytucje finansowe albo think-tanki, propagujące jedną konkretną teorię ekonomiczną, oferują bardzo dobre pieniądze w zamian za lojalność. Kryzys finansowy pod tym względem niczego nie zmienił. Przecież banków i bankierów aż tak bardzo nie dotknął.

Popatrz tylko, kto ponosi koszty kryzysu. Przynajmniej tu, w Anglii, tak jest. Wierzę, że gdzie indziej jest podobnie, w Grecji i w innych państwach.Tutaj mówi się, jak wysokie są emerytury nauczycieli. I jakie drogie jest funkcjonowanie bibliotek. Wszyscy skupiają się na tym. A bankowcy, którzy spowodowali kryzys, dostają takie same bonusy jak dawniej.To przecież absolutnie doskonała sztuczka! I moim zdaniem to jest kluczowa kwestia. Chodzi o władzę.

R: Jeżeli chcemy coś zmienić, musimy najpierw zabrać się do władzy w ekonomii? Czy taki wniosek należy wyciągnąć z kryzysu?

D: Wiesz, czar mainstreamowej ekonomii polega na tym, że do jakiegokolwiek podręcznika ekonomii byś zajrzał, o władzy jako takiej nie znajdziesz prawie nic. Wychodzi się z założenia, że mamy wolną konkurencję i w niej każdy może odnieść sukces. Ale to przecież nieprawda!

T: Tak, dokładnie tak. Kiedy człowiek kartkuje Samuelsona, czyli podręcznik, z którego większość powojennych ekonomistów wyniosła podstawy wiedzy, to widzi, że Samuelson poświęca wiele stron temu, żeby udowodnić drobne matematyczne głupoty. Każdej drobnostce poświęca trzy strony. A potem krótko mówi: a ponieważ ludzie są wolni, obowiązuje to i to.

Skąd, na litość boską, wzięło mu się twierdzenie, że ludzie są wolni?! Gdyby chciał coś takiego udowodnić, musiałby zapisać dziesiątki tysięcy stron poważnymi filozoficznymi rozważaniami. Dlatego, że wcale nie jest pewne, czy ludzie są naprawdę wolni.

To jest moim zdaniem ten trik, za pomocą którego nas oszukują. Zmęczą nas komarem, a my potem nawet nie zauważymy, że połknęliśmy wielbłąda. Mnóstwo czasu poświęcają udowadnianiu nieistotnego szczegółu. A potem w jednym zdaniu – a czasami nawet i to nie – podsumowują zasadniczy wniosek.

I idą dalej, bez dowodów, bez argumentacji. Na przykład opinia, że ludzie są racjonalni. Uznają, że to jest dla każdego oczywiste. A potem opierają na tym twierdzenie, że rynki są wolne i że to rynki najlepiej określą, co, kiedy i kto będzie produkować. Ten trik wciąż działa.

D: Właśnie dlatego było możliwe tak długie utrzymywanie tych kłamstw przy życiu. Pewnie zależy to od punktu widzenia, ale pod wieloma względami żyjemy w czasie największych nierówności w historii. Menedżer funduszu hedgingowego może zarobić miliard rocznie. A miliardy ludzi żyją za mniej niż dolara dziennie.To przecież mówi wiele. Ale nasza mainstreamowa ekonomia nie wspomina, że to objaw pewnego podziału sił.

T: Ba, co więcej, ona twierdzi, że te dwie grupy będą się do siebie zbliżać. Chociaż jak na razie obserwujemy coś odwrotnego.

D: Jasne. Spójrzmy na informacje o tym, jak wzbogacają się Chiny i Indie. Oczywiście, znowu, statystycznie to jest prawda. Ale jednocześnie można tam zaobserwować rosnące nierówności. Niewielki procent ludzi niemożliwie się bogaci, a pozostali cierpią z powodu degradacji środowiska naturalnego i tak dalej.

Po prostu żyjemy w bardzo dziwnych czasach.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 152 / (48) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekonomia # Świat

Być może zainteresują Cię również: