fbpx

Rozmowa

Żyjemy w obozie bez drutów

obóz ogrodzenie
fot. Rafał Górski

Rafał Górski

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 76 / (24) 2021

Z prof. Krzysztofem Rutkowskim rozmawiamy o stanie wyjątkowym, wirusie w koronie oraz nagim życiu.

Rafał Górski: „Życie współczesnych globalizujących się i globalizowanych społeczności rozgrywa się w stanie wyjątkowym w obozie koncentracyjnym bez drutów. Tako rzecze Agamben. Straż sprawują w obozie medianci – specjaliści od mediów i mediokraci – dawniej zwani „politykami”. „Nagie życie” rozgrywa się i jest rozgrywane jako wielkie widowisko”. To fragment Pana tekstu pt. „Agamben: Wielki Mag” z 3 grudnia 2008 roku opublikowanego na stronie internetowej Radio France Internationale. Proszę wyjaśnić terminy, które się tutaj pojawiają, najlepiej na przykładach z życia, których jesteśmy świadkami tu i teraz.

prof. Krzysztof Rutkowski: Wychodzę z domu. Na ulicach, w metrze, w autobusach widzę osobników w naryjnikach, bo pandemia. Osobnicy w naryjnikach idą, jadą, siedzą z oczami wlepionymi w przeważającej liczbie przypadków (oczu nie mają zakrytych, a raczej tak im się wydaje) w przedmioty trzymane w dłoniach – tymi przedmiotami są smartfony. Smartfony są przedmiotami magicznymi, które nadają sens chodzenia, jechania, siedzenia wpatrzonych w nie osobników. Osobnicy szukają w nich sensu swego istnienia: jakichś odpowiedzi, jakiejś łączności, jakiejś wiedzy. Oni nie są tam, gdzie są, ale tam, gdzie ich jeszcze nie ma, już ich nie ma, albo tam, gdzie ich nigdy nie było; czyli nigdy nie są tu, gdzie są. Oni są w spowiciu, w sieci połączeń. Oni są spowici niewidzialną pajęczyną. Żadnych drutów nie potrzeba. Spowicie jest łagodne, bezbolesne i całkowite. Osobnicy są wydani na łaskę i niełaskę mediantów, którzy kierują ich byciem nie-tu-oto. Świat rzeczywisty przestaje istnieć, wzięty w nawias wirtualny.

Naryjniki i smartfony w najnowszych odsłonach Widowiska Wcielonego tworzą jedność niczym koszyk i maliny w „Balladynie”. Świat wirtualny staje się podstawową, a nawet jedyną realnością. Świat realny istnieje o tyle, o ile jest przedstawiany rozgrywającym się nieustająco, nieprzerwanie i nieubłaganie widowisku – Widowisku Wcielonym, które obejmuje dusze, umysły i ciała osobników, wpływa na ich wygląd, sposób poruszania się, patrzenia, słyszenia, dotykania, pochylenia karku, oddawania moczu. Większość osobników poruszających się na ulicach nie może już poruszać się bez smartfona w dłoni, nawet jeśli się weń chwilowo nie wpatruje, to przynajmniej go trzyma na widoku, bo tego przedmiotu nie może zabraknąć, ten przedmiot jest najważniejszy.

Magiczne przedmioty, w które wpatrują się osobnicy (lub przynajmniej trzymają w dłoniach), zawiadowane są przez mediantów nadrzędnych, czyli przez anonimowych autorów algorytmów, kierujących obrotami niezliczonych stron internetowych regulujących wszelkie już właściwie wzorce zachowań i odczuć osobników istniejących jako wypadkowa aktywności ich smartfonów. Regulacja zachowań i odczuć jest w zasadzie bardzo prosta; sprowadza się do reguł prymitywnych, które znakomicie opisał Alexis de Tocqueville blisko dwieście lat temu: uwolnić ludzi od trudności myślenia i wyzwolić ich od kłopotów z istnieniem. To reguły powszechnego stanu wyjątkowego i zasada nagiego życia jako wartości najwyższej, której strzec należy za wszelką cenę.

Pandemia wirusa w koronie stanowi najbardziej wyrazisty przykład, dowód i spełnienie dążeń mediantów do przemieniania życia społeczeństw w aksamitny obóz koncentracyjny: ponieważ każdy osobnik jest potencjalnym nosicielem i roznosicielem wirusa, wszyscy osobnicy odgrywają w najnowszej odsłonie Widowiska Wcielonego w zasadzie jedyną funkcję podstawową, mianowicie funkcję wirusonoścy, a więc funkcję ofiary i kata jednocześnie.

Do roli roznosicieli wirusów i wszy naziści wyznaczyli Żydów. W nazistowskiej odsłonie Widowiska Wcielonego Żydzi nosili opaski z gwiazdą Dawida, która ostrzegała: oto nosiciel zarazy, który musi być odosobniony, więc nazistowskie obozy koncentracyjne pracowały na pełnych obrotach. W sowieckiej odsłonie Widowiska Wcielonego nie obowiązywało (w zasadzie) kryterium rasowe, ale pochodzeniowe. Każdy mógł zostać roznosicielem wirusa klasowego (stać się wrogiem ludu) i dlatego gułagi pracowały na pełnych obrotach.

We współczesnym wydaniu Widowiska Wcielonego obóz jest wszędzie i wszyscy są podejrzani sanitarnie, każdy jest Żydem „nowego zakonu” (jak powiedziałby Mickiewicz), każdy jest ofiarą i katem jednocześnie. Obóz bez drutów działa oczywiście w imię „solidarności” pokoleń, ochrony starych i słabych, w imię chronienia wszystkich przed wirusem, który nie wiadomo skąd się wziął. Osobnicy nie noszą opasek, ale noszą naryjniki pozbawiające twarzy, uśmiechu, zakrywających zaciśnięte wargi; uścisk ręki uznaje się niemalże za zbrodnię, pocałunek – za akt terroryzmu.

To się odbywa w imię przekonania, że zadanie władzy polega na zamknięciu nosicieli i roznosicieli wirusa w aksamitnym gułagu w imię wartości najwyższej, którą jest zdrowie. Zdrowie uległo ubóstwieniu. Zdrowie nie służy życiu, ale życie służy zdrowiu. Zdrowie staje się tożsame z nagim życiem. W aksamitnym obozie koncentracyjnym bez drutów, dzięki trosce mediantów sączonej przez smartfony, każdy osobnik wie, co ma robić, żeby zachować zdrowie, warunek nagiego życia, uwalniający od kłopotów, trudności, nieprzyjemności związanej z czymś takim jak choroba i śmierć, które przecież – dzięki stałej akcji dezynfekcyjnej w aksamitnym obozie koncentracyjnym – zostały wyrzucone z obozu poza wirtualne druty. Stan wyjątkowy jest niezbędny, by obóz działał sprawnie; stan wyjątkowy przechodził różne stopnie nasilenia, w czasie pandemii osiągnął paroksyzm.

Żeby wprowadzać stan wyjątkowy, trzeba wywołać odpowiednie zagrożenia, które wprowadzenie stanu wyjątkowego uzasadniają. Skoro nagie życie i ubóstwienie zdrowia stało się naczelnym spoiwem funkcjonowania społeczeństw współczesnych, zagrożenia trzeba rozpoznawać, szukać ich, albo je wymyślać, co wcale nie znaczy, że nie pojawiają się realne zagrożenia, o czym wiadomo od tysiącleci. Stan wyjątkowy jest nieuchronnym i oczywistym sposobem istnienia współczesnych społeczeństw, ponieważ „rozszerzenie pola walki” (tytuł pierwszej powieści Houellbecqa) dotyczy ciała i ludzkiej intymności. Ani rasa, ani klasa już nie wystarczają.

Mediantem w Widowisku Wcielonym, w które zamieniło się ostatecznie i nieodwołalnie życie społeczeństw zachodnich, jest właściwie każdy, ponieważ spowity jest pajęczyną medialną czy tego chce, czy nie, czy wie o tym, czy nie wie. Pajęczyna medialna zwana jest najsłuszniej siecią. Mediant wyobraża sobie, że szamocząc się w sieci (w spowiciu) ma coś do powiedzenia lub nawet osiągnięcia, ale nie pamięta (nie może pamiętać), że jego słowa i gesty zależą od algorytmów. Dlatego we wszystkich językach powszechnie występuje zwrot: „nie ma takiej opcji”, który oznacza: „nie masz innej możliwości: mowy, myśli i uczynków, niż te, które zostały dla ciebie porachowane. Wolność słowa i wolę (nie)mocy wyznacza liczba „opcji” do kliknięcia oraz liczba zdań (koniecznie niepoprawnych, nieortograficznych i niegramatycznych) wytyczonych przez programatorów do „ćwierkania”.

Wiadomo ponadto, że rozgrywki „polityczne” pomiędzy prezydentami, premierami, ministrami, policjantami i złodziejami odbywają się przede wszystkim na twitterze i żadna inna oprawa teatralna teatru politycznego nie jest już wystarczająco atrakcyjna. Z tego właśnie powodu osobnicy zajmujący się uprawianiem polityki, zajmują się grą w Widowisku Wcielonym jako biurokraci medialni – czyli mediokraci. Mediokraci to medianci naczeli obsadzani w głównych (w główniejszych) rolach w Widowisku Wcielonym podczas antraktów zwanych wyborami.

Do wyjaśnienie pozostały jeszcze terminy „biopolityka”, „biopolitycy” i „biowładza”. Proszę je odszyfrować w sposób czytelny dla zwykłych obywateli. Dlaczego Pana zdaniem te słowa rzadko używane są w debacie publicznej?

Nie mam niczego do odszyfrowywania, bo długi namysł nad biopolityką, którego summą jest dzieło Giorgio Agambena, jego wielotomy cykl „Homo sacer”, przybrał postać jasną i przejrzystą dla „zwykłego obywatela”, pod warunkiem, że obywatelowi chce się czytać. Przypomnę tylko najważniejsze ustalenia.

Biopolityka stała się jedyną możliwą postacią uprawiania polityki w społeczeństwach zachodnich, od kiedy – na skutek osiągnięć medycznych, chemicznych i mechanicznych – głównym celem życia osobników skupionych w realnych lub już nierealnych wspólnotach narodowych stało się nagie życie. Nagie życie zakłada wykluczenie z życia śmierci (cierpienia, starości), która staje się – by tak rzec – nietaktem, zajęciem wstydliwym, jeśli nie obscenicznym. Śmierć w Widowisku Wcielonym musi zejść ze sceny, spychana za pomocą środków mających sprawić wrażenie, że jej już prawie nie ma. Spychaniu służą rozliczne instytucje i urzędy, polegające na izolacji starości w zakładach przedzgonnych: w domach starców oraz zakładach dysponujących wieloma wyrafinowanymi sposobami odstawiania elementów niepożądanych za kulisy nagiego życia. Tragikomedia z wirusem w koronie w roli głównej odsłoniła szwy scenariusza w tej sztuce: oto rozedrganą troską medianci naczelni zaczęli nagle otaczać „najsłabszych i najbardziej wrażliwych” czyli pensjonariuszy w domach starców oraz w pozostałych umieralniach, histerycznie dbając o ich „nagie życie” w ich nagości zagrożone wirusem, odcinając umieralnie od świata, od bliskich, dalszych (na przykład czyhających na spadek), a nawet zamykając skazańców na klucz w ich celach. Wiadomo, że wielu „dochadiagów” (słowo określające umierających w gułagach) we francuskich domach starców zmarło nie z powodu wirusa w koronie, ale z samotności i rozpaczy – z zadawanych w ostatnich dniach ich tu-bycia tortur, których celu pojąć nie potrafili. Belcanta mediantów-mediokratów zabrzmiały jak przeraźliwy skrzek tym zgrzytliwszy, że przecież skoro nagie życie ma w Widowisku Wcielonym miejsce najwyższe, to żywość nagiego życia winna krzepić młodość, a nie starość.

Nagie życie jest w swej nagości tym żywsze – według hierarchii Widowiska Wcielonego – im jest młodsze. Innymi słowy miernikiem sensu istnienia (w nagim) życiu jest zachowywanie młodości (pozorów młodości, kostiumów młodości, rekwizytów młodości itd.) przez całe życie. Starość, zwiotczenia, zmarszczki, skrofuły i podagry źle się prezentują w Widowisku Wcielonym, ponieważ zwiastują coś, co z Widowiska Wcielonego zostało zupełnie wypchnięte, czyli śmierć. Skoro śmierci nie ma, to starości też nie ma (histeryczna opieka nad starcami w czas morowy tym bardziej pachnie pornografią). Biopolityka polega na ciągłym podsycaniu złudzenia, że tak właśnie jest, to znaczy, że tego właśnie nie ma: starości i śmierci. Podsycaniu służą znakomicie rozwijające się gałęzie przemysłu, przede wszystkim farmaceutycznego, kosmetycznego, spożywczego, turystycznego, których obroty, od czasu kiedy biopolityka stała się naczelną zasadą polityki, wzrastają w tempie prawdziwie zawrotnym.

Biopolityka zakłada, że zdrowie tworzy pierwszą i – w gruncie rzeczy – jedyną troskę generowaną przez ideał nagiego życia w osobnikach. Skoro śmierć, która przez długie stulecia w Europie (i w innych regionach świata) stanowiła nie tylko naturalny kres (pasaż), próg życia, ale nadawała przeżytemu życiu sens, smak i zwieńczenie została w Widowisku Wcielonym wypchnięta (oczywiście na pozór) ze sceny, to zdrowie stało się głównym sensem życia. Zdrowie w ujęciu sanitarnym przede wszystkim.

Biopolitycy przekonują, że zdrowie jest warunkiem życia, a nie życie warunkiem zdrowia, zdrowie rozumiane w sposób biopolityczny właśnie, to znaczy jako stały stan równowagi i zadowolenia z zaspokojonych potrzeb naturalnych i sztucznych za pomocą odpowiednio zapewnianej konsumpcji. Zdrowie biopolityczne polega również na eliminacji szkodzących zdrowiu doznań ekstremalnych: uczuciowych przede wszystkim, mogących prowadzić do ubytków w zdrowiu. Odpowiednie przepisy i zalecenia dietetyczne, fizyczne i psychiczne, gwarantowane przez patentowane biopolitycznie instytucje, pomagają utrzymywać zdrowie w nagim życiu łagodnym i cichym, ale za to gwarnym.

Warto pamiętać, że w wielu językach nastąpił gwałtowny zanik słów oznaczających mnogie i liczne stany uczuciowe człowieka. Czasowników wyrażających emocje, wrażenia, odczucia zmysłów i umysłu, serca, nerek itd. francuski zna co najmniej setki. W Widowisku Wcielonym te wszystkie czasowniki zastąpił jeden: „choquer” – szokować, być zszokowanym, być w szoku, być wstrząśniętym, porażonym. Bogactwo ludzkiego życia, postrzegania i czucia sprowadzone zostało w mowie do jednego wyrazu – do wstrząsu, jakby już nieosobnym osobnikom pozostał tylko jeden sposób kontaktu ze światem: wsadzanie widelca do kontaktu, żeby dostać kopa. Umieranie języków, zanik mowy na terenach objętych zakazem śmierci, przykry sprawia widok tym bardziej, że agonia mowy odsłania brud i zgniłość jak topniejący śnieg wychodek: słowo „szokować” nie tylko wypchnęło pozostałe czasowniki wyrażające czucia i wrażenia, ale ponieważ jest przemożne, stosuje się do wszystkich składników w Widowisku Wcielonym: osobnika „szokuje” jednakowo trup na drodze jak zupa na podłodze – każdego szoku należy unikać, bo grozi utratą zdrowia, czyli jest nie biopolityczne. Inaczej: ludzkie bytowanie w spowiciu biopolityki polega na kulcie zdrowia jako boga. Wszelkie zaniedbania karane są wstrząsem – porażeniem prądem wirtualnych drutów pod napięciem. Ryzyko innego bycia grozi śmiercią. Ryzyko życia poraża.

Co to znaczy, że „Widowisko Wcielone jest Panoptykonem powszechnym”?

Chodzę, mimo zakazów, bez naryjnika. Złapała mnie policja i zapłaciłem mandat. Ale tylko raz. Zaoszczędziłem zatem w sumie ponad sto tysięcy euro, a może i więcej. Osobnicy w naryjnikach patrzą na mnie jak na roznosiciela wirusów, czyli Żyda „nowego zakonu”. W ich oczach – tylko oczy wszak nie zakryte – przerażenie, groza, odmiana nienawiści. Uśmiecham się, bo mam czym się uśmiechnąć. To ich trwoży jeszcze bardziej. Ale boją się też na mnie donieść. Tak działa powszechny panoptykon w Widowisku Wcielonym.

„W obozie bez drutów nie żyje się tak źle, a nawet żyje się coraz lepiej: dostatniej i wygodniej, łatwiej i zdrowiej, choć w obozie panuje nieprzerwanie stan wyjątkowy”. „(…) konsument wierzy, że gwiazdka pomyślności nigdy mu nie zgaśnie, że raj jest tu i teraz i żadnego innego raju nigdy nie było i nie będzie. Tu jest mu raj, gdzie on rytmicznie konsumuje konsumpcje i nikt go z raju nie wygna, chyba że mu siądą baterie w telefonie komórkowym”. To z kolei fragmenty Pana książki „Ostatni pasaż” wydanej w 2006 roku przez wydawnictwo słowo/obraz terytoria. Czy upływ czasu coś zmienił?

Niczego nie zmienił, tylko diagnozy potwierdził. Bóg-zdrowie obiecuje zbawienie w postaci ulgi: mami obietnicą wymazania śmierci z programu istnienia. Kult (i rytuały) boga-zdrowia w postaci ewangelii nieprzerwanej młodości i niezakłóconego konsumowania dóbr zalecanych jako zdrowe, wymaga utrzymywania stanu wyjątkowego jako stanu powszedniego, już niewyjątkowego, ale regularnego na terenie aksamitnego gułagu.

Stan wyjątkowy uzasadnia się występowaniem zagrożenia. Od dziesiątków lat – z wzrastającym natężeniem – zagrożenie dotyczy przede wszystkim zdrowia. Pandemia wirusa w koronie okazuje się zagrożeniem długo zapowiadanym, by nie rzec – wyczekiwanym, wypatrywanym, a nawet wytęsknionym, czymś w rodzaju zwieńczenia zagrożeń cząstkowych, których inscenizacje w Widowisku Wcielonym udawały się gorzej lub lepiej, ale medianci podejmowali i podejmują je stale.

Zagrożenia cząstkowe opierają się na „niezbitych” dowodach naukowych, chociaż naprawdę trudno ocenić ich „niezbitość”. Każde zagrożenie cząstkowe potwierdzają „naukowo” apokaliptyczne liczby zgonów. Zdrowiu grozi alkohol, który wywołuje skutki przeraźliwe, papierosy, narkotyki. To prawda, ale niewystarczająca, by uzasadnić wprowadzenie stanu wyjątkowego na zawsze, bo nie wszyscy uczestnicy Widowiska Wcielonego piją, palą i ćpają. Jeszcze inaczej: piją, palą i ćpają za mało (coraz mniej), by zagrożenie uzasadniające wprowadzenie stanu wyjątkowego na zawsze objęło również niepijących, niepalących i niećpających, których – niestety – bardzo wielu. Należało więc znaleźć zagrożenia dla zdrowia powszechne i pospólne, niezależne od wieku, płci, zamożności i upodobań. Niełatwe zadanie: postawiono na cukier, sól, gluten, pestycydy (i wszystko to, co zakłóca „bio”) itd. W reklamach telewizyjnych we Francji, w trakcie wyświetlania zachęt do chrupania chrupków, podgryzania sera, czekolady, ciągutków, pizzy, sosu pomidorowego itd. pojawiają się napisy zniechęcające do chrupania i podgryzania, oznajmiające, że dla zdrowia należy unikać jedzenia soli i cukru, chrupania między posiłkami, natomiast trzeba poświęcać odpowiednio wiele uwagi „aktywności fizycznej” oraz jeść co najmniej pięć owoców oraz warzyw dziennie.

Nadal za mało: zagrożenie zdrowia rośnie w skali masowej (wszak wszyscy konsumenci ze swej konsumpcyjnej istoty konsumują), ale robią to źle i suną nieświadomie ku jamie, w której czai się czujnie wyganiana śmierć. Zatem pojawiły się w ostatniej dekadzie dwudziestego wieku zagrożenia poważniejsze – pandemiczne właśnie, widma świńskiej pryszczycy, kaczej grypy, kurzej twarzy, itd., ale żadne z nich nie spełniło oczekiwań, a nawet szczepionki przeciwko jednej z masowych chorób musiano niemalże wylać do Sekwany. Wirus w koronie spełnił wreszcie oczekiwania i dzięki niemu stan wyjątkowy zapanował w świecie imperialnie.

„Dzień, w którym polityka zupełnie przestanie polegać na sprawowaniu władzy przez osobników, którzy ją uzyskali, ponieważ taka była wola wyborców i ta właśnie wola uzasadniała ich dojście do władzy, dzień, w którym owi osobnicy zdecydują się tylko i wyłącznie podgrzewać w wyborcach potrzebę miłości do wybranych, którą udało się wybranym w wyborców wmówić, będzie dniem, w którym tyrania demokratyczna uzyskała najwyższy stopień doskonałości” – pisał Michel Schneider w „Big Mother. Psychopatologii życia politycznego”. Czy ten dzień nadszedł?

Samo południe. Tyrania demokratyczna tym bardziej jest obłudna, że stan wyjątkowy do zwalczania pandemii służyć ma przede wszystkim chronieniu „osób starszych, wrażliwych, chorych”. Stojących nad grobem – chciałoby się rzec. Nagle władycy Widowiska Wcielonego odkryli, że są ludzie starzy, chorzy, niesamodzielni, stojący nad grobem i samotni, a przecież dotąd ludzie owi byli wypychani ze sceny, albo wycofywali się sami wiedząc, że na scenie i na widowni brakuje dla nich miejsc. W ten sposób widmo przeganianej i zasłanianej śmierci wróciło w gadce mediantów i pojawiło się jako groźba dla kultu jedynego boga Widowiska Wcielonego – zdrowia naszego powszechnego i młodości zdobywczej.

Naczelni medianci wpadli w popłoch: zaczęli gadać o „ratowaniu życia” starców i próbowali pokazać, jak bardzo ich życia ratują, jak bardzo się starają i jak ogromnie za taki frasunek kochać ich trzeba. Bo zrozumieli, a raczej wyczuli, że starcy, którzy nagle pojawili się na scenie, demaskują ich inscenizację stanu wyjątkowego: okazało się, że życie, to nie jest to samo co zdrowie i śmierci nie da wygnać, ani nie da się jej zasłonić. Powtarzam: zabiegi rządzących, by ich kochać za tak czułe serce okazywane starcom zamkniętym w przytułkach w czas morowy, wystawiają na scenie obscena.

Czym sobie zasłużył Giorgio Agamben, że nazywa Pan go najsurowszym krytykiem zniewolonych umysłów na przełomie XX i XXI wieku?

Wystarczy poczytać książki tego wielkiego filozofa, by pojąć o czym mówię.

Gdyby dziś żyli Hannah Arendt, Guy Debord i Michel Foucault, to jaki byłby ich komentarz polityczny na temat koronawirusa, lockdownów i paszportów szczepionkowych?

Nie mam prawa mówić za nich.

Zwraca Pan uwagę, że „człowiek” w Widowisku rzadko nazywany jest „obywatelem”. Dlaczego tak się dzieje?

Obywatel to osoba, której istnienia nie paraliżuje strach całkowity: przed wirusem albo innym świństwem zagrażającym zdrowiu. Osoba, która utożsamia zdrowie z życiem nawet nie wie, jak bardzo strach paraliżuje jej czucie i myślenie, a nawet nie chce tego wiedzieć. Kiedy nadciąga czas wyborów, zagłosuje na tego, kto zręczniej obieca, że o jej zdrowie i spokojność zadba.

Nie lamentuję, nie ubolewam, nie piętnuję. Bo nie mam prawa. Od początków świata starcy ubolewali nad zepsuciem, upadkiem, zgnilstwem. Dawniej zawsze było lepiej – utrzymują starcy – kłamiąc bezczelnie, bo dawniej jest tylko cieniem niegdyś, a dzisiaj nie jest tylko „teraz”, ale zawsze tchnieniem chwili wiecznej, ale to już inna sprawa. Nie lamentuję więc, skwaśniały, tylko widzę i opisuję. Życie jest zawsze pełniejsze i bogatsze, niż wszelkie o nim wyobrażenia; kielich życia kipi i przelewa się, więc ciągoty, żeby życie ściągnąć do zdrowia, choć uporczywe, życia nie zabiją.

Cel biopolityki: doprowadzić do tego, żeby osobnicy sprowadzili swoje życie do konserwacji zdrowia i pozorów młodości, czyli do uprawy nieustającej niedojrzałości, młodziakowatości, która wymaga, żeby się bali wirusa (zagrożeń zdrowia), a resztę trosk powierzyli mediantom, którzy z miłości do nich zdecydują co dobre, a co złe i wystawią listę „opcji” do odfajkowywania, by zapewnić przebyt bez emocjonalnych wstrząsów, bez „szoków”, których nie da się co prawda uniknąć, ale można je odpowiednio na scenie Widowiska Wcielonego zainscenizować.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 76 / (24) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.