fbpx

Książka

Jessica Bruder: Nomadland. W drodze za pracą

nomadland okładka
Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 63 / (11) 2021

Ich oszczędności wyparowały po kryzysie w 2008 roku lub z powodu różnych życiowych wypadków. Zamiast przejść na zasłużoną emeryturę, żegnają się z wygodnym życiem przedstawicieli klasy średniej, które wiedli dotąd. Sprzedają domy, bo nie mogą ich już utrzymać, przesiadają się do kamperów, przyczep, vanów czy pikapów i ruszają w drogę. Jeżdżą od stanu do stanu w poszukiwaniu dorywczej pracy – na kempingach, przy zbiorach owoców i warzyw, w centrach logistycznych Amazona.

Historie takich ludzi opisała w swojej książce Jessica Bruder, a reżyserka Chloé Zhao przeniosła na ekran. O filmie „Nomadland” jest już głośno – zdobył dwa Złote Globy. Czy w pełni oddaje ducha reportaży, będących nielukrowanym obrazem części współczesnej Ameryki? Czytajcie, oglądajcie, porównujcie.

Na dobry początek zapraszamy do lektury fragmentu książki. Wydawnictwu Czarne dziękujemy za udostępnienie tekstu do publikacji.

Nomadland. W drodze za pracą

Wzrost popularności blogów w połowie pierwszej dekady XXI wieku zachęcał samotnych podróżników do dzielenia się swoimi przygodami z szerszą publicznością, przez co część z nich zyskała sławę w środowisku. Wśród takich najwcześniejszych i najpłodniejszych mikrocelebrytów był George Lehrer, znany także jako Tioga George, człowiek, który pokonał raka, a w 2003 roku, po sześćdziesiątce, kiedy nie stać go już było na jednoczesne opłaty za mieszkanie i jedzenie, przeprowadził się do ośmiometrowego kampera fleetwood tioga arrow, z panelami słonecznymi i internetem satelitarnym. Na blogu The Adventures of Tioga and George on i jego wierna maszyna, „najwspanialsza para wagabundów w historii”, podróżowali przed siebie pod porywającym hasłem: „Nigdy nie płać czynszu!”. George publikował żartobliwe opisy swoich podróży z Miss Tiogą (kamperem), w których towarzyszyli im aparat fotograficzny Mr. Sony Mavica, komputer Mr. Chips, zestaw solarny Mr. Sunny, lodówka Mr. Dometic, system GPS Mr. DeLorme i inni. Często kilka razy dziennie opisywał swoje przygody: spotkania z nomadami, walkę z plagą mrówek czy awanturę ze sprzedajnym gliną w swoim ulubionym Nowym Meksyku. Przedstawiał szczegółowe rozliczenia wydatków i dochodów, w tym zarobków z reklam Google (w sierpniu 2010 roku doszedł do tysiąca trzystu dolarów). Wzruszająco pisał o samobójstwie syna Davida, wspominając swoje noclegi na podłodze w jadalni jego małego domku po tym, jak na początku lat dziewięćdziesiątych recesja zniszczyła firmę, w której George sprzedawał oprogramowanie AutoCAD. Przez niecałe dziesięć lat jego blog zaliczył siedem milionów odwiedzin.

Tioga George zainspirował całe pokolenie blogujących miłośników dzikich miejscówek. Była wśród nich Tara Burns, dwudziestoparoletnia pracownica seksualna mieszkająca w chevrolecie astro z 1998 roku. Na blogu Hobo Stripper opisywała, jak „mieszkać w busie i jeździć po kraju, rozbierając się za kasę”. Kiedy nie podróżowała od klubu do klubu z psem rasy border collie imieniem Bro, siadała przy klawiaturze i doradzała, jak zarobić na tańcu erotycznym albo wymienić pompę wody chłodzącej silnik. Innym ulubieńcem czytelników był RV Sue & Her Canine Crew, czyli blog Susan Rogers, sześćdziesięcioparoletniej emerytowanej nauczycielki matematyki z Georgii, która zainspirowana przykładem Tiogi George’a, także postanowiła wyruszyć w drogę. Dzięki codziennym raportom z chevroleta express rocznik 2005, za którym ciągnęła pięciometrową przyczepę marki Casita, Sue zgromadziła wokół siebie grupę zapalonych wielbicieli, a w 2012 roku trafiła do ogólnokrajowych mediów po tym, jak dzięki jej blogowi mieszkający w pomalowanym w barwy ochronne kamperze weteran wojenny Rusty Reed odnalazł w Arizonie swojego zaginionego owczarka Timbera. Hołdując zasadom „skromnego budżetu i bogactwa doświadczeń” oraz „minimum wydatków, maksimum radości z życia”, Sue dla wielu czytelników stała się wzorem do naśladowania. „Myślę o Sue jak o swojej kamperowej dobrej wróżce” – napisał mieszkający w przerobionym pikapie bloger o nicku ZenOnWheels. – Jej humor i pokora sprawiły, że czytając wciąż nowe historie z jej codziennego życia, powoli, miesiącami dojrzewałem do decyzji, że tak, ja też tak mogę” – dodał, a potem podziękował Sue za jej „otwartość, życzliwość i gawędziarski dryg”.

Podobnie jak Tioga George, Sue dzieliła się rozliczeniami, w których od 2013 roku zaczęły się pojawiać dochody z reklam na stronie. W pierwszym roku nierzadko zdarzało się jej zarobić ponad tysiąc dolarów miesięcznie. Denerwowało to czasem mniej popularnych blogerów, którzy bez sukcesów próbowali spieniężyć swoje wpisy. (Choć większość czytelników nie żałuje wędrownym blogerom wynagrodzenia za ich pracę, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że reklamy na stronach propagujących minimalizm i antykonsumpcjonizm trącą fałszem. Choćby na CheapRVLiving – post zatytułowany Jak się pozbyć rzeczy i opatrzony cytatem z Bertranda Russella: „To skupienie się na potrzebie posiadania bardziej niż cokolwiek innego przeszkadza nam w swobodnym i szlachetnym życiu”, wygląda dziwnie obok kolumny linków do Amazona reklamujących dwunastowoltowe kuchenki turystyczne bądź pokrywy przenośnych toalet).

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Co było do przewidzenia, wirtualne dyskusje prowadzone przez bratnie wędrowne dusze z czasem przeniosły się do realu. Wokół ognisk w lasach i na pustyniach w różnych częściach kraju zaczęły powstawać improwizowane klany, które powieściopisarz Armistead Maupin nazywał logical family („rodziną logiczną” – zamiast „biologiczną”). Inni mówili o nich vanily zamiast family. Dla części wędrowców wspólne wakacje stały się bardziej atrakcyjne niż spotkania z prawdziwymi krewnymi. Typowy obrazek: świąteczny obiad na jałowej, księżycowej połaci pustyni niedaleko autostrady międzystanowej numer 10 w Kalifornii, a wokół kilkanaście pojazdów zamieszkanych przez osoby w najróżniejszym wieku, od dwudziesto- do osiemdziesięciolatków. Wspólnie zajadają siedmiokilogramowego indyka, wyfiletowanego, przekrojonego na pół i upieczonego na dwóch przenośnych grillach, podanego z purée ziemniaczanym, sosem pieczeniowym i żurawiną oraz z dwoma rodzajami placka. Obiad trwa tak długo, że nawet psy zlizujące resztki z talerzy zdążą się nasycić.

Najwięcej działo się na zachodzie kraju, ale zloty organizowano także na wschodzie, od Ohio po Alabamę, Georgię i Tennessee. Ludzie podróżowali w karawanach jak za czasów Dzikiego Zachodu, rozbijając po drodze obozy, i nazywali to rajdami. W 2011 roku Bob po raz pierwszy zorganizował spotkanie, które miało stać się później jedną z najbardziej wyczekiwanych imprez w roku. Rubber Tramp Rendezvous [Zlot Zmotoryzowanych Trampów], w skrócie RTR[1], powstał częściowo z inspiracji dziewiętnastowiecznymi mieszkańcami gór, twardymi facetami, którzy zajmowali się zastawianiem w dziczy pułapek na zwierzynę, ale raz do roku spotykali się na targach futer. Organizowany w styczniu na pustyni opodal miasteczka Quartzsite w Arizonie i trwający dwa tygodnie zlot był dla nomadów okazją, by dzielić się umiejętnościami, opowiadać historie, nawiązywać nowe przyjaźnie i wtajemniczać nowicjuszy. Zainteresowani życiem w drodze przyjeżdżali z namiotami lub w pożyczonych kamperach, żeby wchłonąć, ile się da, zanim sami wyruszą przed siebie. Impreza była darmowa, a wieści o niej rozchodziły się głównie pocztą pantoflową.

Dla nomadów zbiórka w jednym miejscu wcale nie jest taka prosta. Przez większość roku są rozrzuceni po całym kraju. Często nie stać ich na to, żeby za jednym zamachem pokonać dużą odległość. Do tego wielu z nich to zdeklarowani samotnicy. Zwłaszcza RV Sue zapracowała sobie na reputację odludka apelami do czytelników, by nie odwiedzali jej bez zapowiedzi. „Blogowanie mi odpowiada, bo mogę mieć kontakt z ciekawymi ludźmi, ale nie muszę się z nimi spotykać” – wyjaśniała. Niektórzy fani pisali, że zdarzyło im się napotkać w drodze znajomą przyczepę. Uświadomiwszy sobie, do kogo należy, natychmiast zawijali się w przeciwnym kierunku.

Część uczestników RTR celowo parkuje na skraju kempingu, inni są w stanie znieść towarzystwo wyłącznie w małych dawkach i wyjeżdżają przed czasem, zamiast pozostać przez pełne dwa tygodnie. Gdy Swankie zjawiła się na jednym ze spotkań w koszulce z napisem: „Introwertycy, łączcie się: przyjechaliśmy, jest nam źle, chcemy wracać”, przez cały dzień zbierała uśmiechy i porozumiewawcze skinienia głową.

Bob Wells z czasem stał się mimowolnym koordynatorem tej rosnącej grupy pustelników. Co roku po zakończeniu zlotu część ruszała za nim do kolejnego postoju. (Na wielu darmowych publicznych kempingach, również na tym, na którym odbywa się RTR, wolno parkować tylko przez czternaście dni. Później należy się przemieścić co najmniej czterdzieści kilometrów dalej). Bob traktował ich życzliwie, a oni z szacunku parkowali w pewnej odległości, żeby nie odbierać mu przestrzeni. Gdy jeden z czytelników żartobliwie nazwał ich jego apostołami, Bob również w żartach odparł: „Choć z całych sił doskonalę technikę kontroli umysłów, prania mózgu i manipulacji, nadal niestety apostołów nie posiadam!”.

Bywało jednak, że porzucał wesoły ton. W poważnej dyskusji z czytelnikiem napisał: „Myślę, że masz rację – mnóstwo ludzi będzie musiało przywyknąć do znacznie prostszego życia. Ja chcę im to jak najbardziej ułatwić, a może w końcu, jak wielu z nas, także oni odnajdą w tym radość”.

Przeglądając CheapRVLiving i chłonąc opowieści ludzi, którzy zmienili swoje życie, Linda doznała olśnienia. „Cholera jasna! – pomyślała. – Skoro oni mogą, to ja też”. Skrajna oszczędność w ujęciu Boba wydała jej się drogą do wolności, wybawieniem, a nie ograniczeniem. Albo, jak sama to określiła, sposobem na „bogate życie przy skromnych środkach”. Poza tym zrozumiała, że nawet podróżując w pojedynkę, nigdy nie będzie naprawdę sama – ma szansę poznać wielu wędrowców, w tym sporo samotnych kobiet w jej wieku. Wszyscy razem tworzą subkulturę, ustanawiając własne zwyczaje i eksperymentując z technikami przetrwania, z których najlepsze idą w obieg, dzięki czemu pisze się poradnik przetrwania poza światem rządzonym prawami rynku. To poczucie wspólnoty było dla Lindy ważne.

– Ja jestem naprawdę towarzyska – tłumaczyła mi. – Nie wyobrażałam sobie siebie samotnej, w depresji i klepiącej biedę. Czułam, że moje życie może być ciekawe, satysfakcjonujące i twórcze.

Lindzie zamarzył się odpowiedni pojazd, zaczęła więc przeglądać portal Craigslist. Czytała dziesiątki ogłoszeń, aż znalazła mocnego kandydata.

nomadland okładka
fot. Wydawnictwo Czarne

Jessica Bruder: Nomadland. W drodze za pracą, Wydawnictwo Czarne, 2020


[1] Kiedy w 2013 roku po raz pierwszy brałam udział w tym spotkaniu, na pustyni zebrało się około sześćdziesięciu pojazdów mieszkalnych. Cztery lata później było ich już około pięciuset.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 63 / (11) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy # Społeczeństwo i kultura # Świat

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.