Felieton

Galerie w odwrocie

centrum handlowe
centrum handlowe fot. Mike Mike z Pixabay

Piotr Wójcik

Pandemia koronawirusa może być początkiem końca epoki świetności wielkich centrów handlowych. Nie musi to jednak oznaczać, że centra miast i handlowe ulice z tego powodu odżyją.

Gdy podczas zamrożenia gospodarki zamknięto na cztery spusty większość galerii handlowych, wielu obywateli czuło się jak bez ręki. Społeczna rola konsumenta, która dla większości homo sapiens w epoce późnego kapitalizmu jest kluczową formą wyrażania tożsamości, nie mogła się ziszczać. Swobodny zakup towarów wszelkiego rodzaju stał się czymś tak naturalnym, że przejściowe problemy mogły być dla niejednego i niejednej niemałym szokiem. Zaczął więc kwitnąć handel internetowy, a firmy dostawcze nie nadążały z realizacją zleceń. Na miejsce w paczkomacie można było czekać tydzień.

Gdy wreszcie częściowo odmrożono handel detaliczny, znana sieć meblowa przeżyła oblężenie. W Katowicach, Gdańsku i Warszawie ustawiły się do niej długie kolejki, a na wejście do budynku oczekiwało się kilka godzin.

Oczywiście meble to nie jest towar, który może się „skończyć” lub „zużyć” w ciągu dwóch miesięcy. To po prostu homo economicusy rzuciły się do realizowania jednej ze swoich kluczowych ról społecznych.

Strach przed wirusem

Odmrożenie centrów handlowych nie sprawiło jednak, że galerie powróciły triumfalnie do polskich miast na białym koniu. W większości galerii ruch nie był porażający, co oczywiście było spowodowane także wprowadzonymi obostrzeniami, ale nie tylko. Sondażownia Kantar przepytała więc Polaków na tę okoliczność. Okazało się, że 70 procent stałych bywalców galerii oraz 68 proc. stałych klientów dyskontów ma obecnie poważne wątpliwości dotyczące realizacji swojej roli konsumenta w dużych centrach handlowych. Połowa z nich zaczęła chętniej robić zakupy w małych sklepach osiedlowych, a jedna trzecia częściej dokonuje transakcji w sieci. 43 procent ankietowanych poważnie obawia się zakażenia koronawirusem, co jest głównym powodem wstrzymywania się od wizyty w galeriach handlowych. Pozostałym niespecjalnie przypadły do gustu wprowadzone restrykcje, w wyniku których centra handlowe straciły na atrakcyjności.

Te dosyć zaskakujące wyniki sondażu Kantar mogą dowodzić, że czasy świetności galerii i wielkich centrów handlowych są już za nami. I trend ten może się utrzymać także w czasach, gdy społeczeństwa wrócą do życia według względnie normalnego trybu, czyli bez przesadnych restrykcji. Obawy przed zakażeniem mogą się głęboko zakorzenić w umysłach, a zasmakowanie w internetowych transakcjach dokonywanych w komfortowych warunkach domowego zacisza jeszcze bardziej uszczupli szeregi stałych bywalców galerii. Być może nastanie też moda na robienie zakupów lokalnie.

Wspólne wyjazdy z rodziną na wielkie cotygodniowe zakupy staną się passé, za to trendy będzie paradowanie z siatką pełną produktów z osiedlowego sklepiku, co jakiś czas przystając, by wymienić kilka uwag z sąsiadem lub sąsiadką.

Ewakuacja z tonącej galery

Trendy te dobrze odczytali menedżerowie sieci handlowych i czołowych marek. Zaraz przed odmrożeniem galerii handlowych Polskę obiegła wieść, że Empik odstąpił od 40 umów najmu w centrach handlowych. Co było spowodowane głównie zamknięciem należącej do Empiku sieci księgarń Mole Mole. Sieć zapowiedziała również, że to jeszcze nie koniec i prowadzi kolejne rozmowy renegocjujące dotychczasowe umowy najmu. Jeszcze dalej poszła spółka LPP, właścicielka czołowych polskich marek odzieżowych – m.in. Cropp, House czy Mojito. Spółka ta ograniczyła swoje powierzchnie handlowe aż o jedną trzecią. Zupełnie wycofała się między innymi z niedawno otworzonej Galerii Libero w Katowicach. Według jej przedstawicieli odmrożenie galerii nie sprawi wcale, że ich dotychczasowi klienci tłumnie do nich powrócą. Dlatego też lepiej zawczasu się wynieść przynajmniej z części z nich.

Hipermarkety, dyskonty oraz galerie handlowe rozpoczęły swój nadwiślański pochód na początku XXI wieku, gdy kolejne placówki otwierały się jak grzyby po deszczu. Początkowo wydawało się, że to te pierwsze staną się dominującym w Polsce formatem sprzedaży, jednak po ich początkowych sukcesach prym zaczęły wieść dyskonty oraz galerie handlowe. Kolejnym otwieranym centrom handlowym towarzyszyło co roku zamykanie tysięcy lokalnych sklepów. Wydawało się, że trend jest nieubłagany i już niedługo cały handel w danym ośrodku miejskim będzie skupiony w kilku punktach. Wszak tego miała wymagać nowoczesność. Polska podążała tylko ścieżką, którą wyznaczyły rozwinięte kraje z Zachodu kontynentu.

Trzeba zaznaczyć, że do tego miejsca wciąż jeszcze nie doszliśmy. Polski handel nadal jest zdecydowanie bardziej zdecentralizowany niż w krajach Europy Zachodniej, w której te procesy trwają kilkadziesiąt lat dłużej. Według danych Grupy Eurocash polski handel detaliczny wciąż w 46 procentach opiera się na sklepach małych, czyli poniżej 400 metrów kwadratowych. We Francji małe sklepy odpowiadają zaledwie za 6 proc. handlu detalicznego, a w Czechach za 10 procent. Szczególnie popularne wśród Polaków dyskonty i supermarkety, czyli placówki o powierzchni 400-2500 m kw., zgarniają 44 proc. handlu detalicznego nad Wisłą. W Holandii 94 proc., a w Austrii 83 proc. Największe centra handlowe, czyli powyżej 2,5 tys. m. kw., to w Polsce jedynie 10 proc. handlu, tymczasem we Włoszech 28 proc., a w Niemczech 26 proc. Tak więc pole do oligopolizacji handlu detalicznego w Polsce wciąż jest olbrzymie.

Korytarze zamiast deptaków

Choć dominacja wielkich formatów sklepów nadal jest w naszym kraju dużo mniejsza niż w krajach rozwiniętych, to zdążyły one już spowodować niemałe spustoszenia. Najbardziej odczuły to centra miast, których ulice przestały mieć charakter deptaków, po których ludzie przechadzają się w wolnym czasie, budując przy tym relacje społeczne, a stały się korytarzami, których główną funkcją jest przemieszczenie się z punktu A do punktu B w jak najkrótszym czasie. Oferta handlowa miejskich ulic stała się przez to zdecydowanie mniej różnorodna. Znikające sklepy odzieżowe, spożywcze czy mniejsze placówki meblowe zaczęły być zastępowane przez filie banków, operatorów telefonii komórkowych oraz apteki. A więc miejsca, do których przyjeżdża się w z góry upatrzonym celu, załatwia sprawę i wychodzi. Oczywiście wciąż w polskich miastach są deptaki z kawiarniami, restauracjami, pubami lub klubami, lecz zwykle jest to kilka wydzielonych miejsc, w których toczy się dawne miejskie życie.

Ekspansję wielkich centrów handlowych odczuli także drobni sklepikarze, którzy nie wytrzymywali konkurencji ze strony swoich silniejszych rywali, którzy dysponowali przewagą kapitałową i organizacyjną.

Z osiedli czy dzielnic zaczęły znikać małe punkty usługowe i handlowe, gdyż ich klienci przenosili się do centów handlowych, które oferowały im lepsze ceny, a przy tym często bardziej komfortowe warunki konsumpcji. Ta oligopolizacja handlu i usług doprowadziła do fatalnej sytuacji wielu dostawców, takich jak polscy rolnicy. Wielkie podmioty mogły dyktować im dowolne warunki, gdyż ewentualna odmowa oznaczałaby dla dostawcy odcięcie od rynku zbytu. Inaczej mówiąc, dla polskiego rolnika oznaczało to konieczność zaciśnięcia pasa, a dla zdolnej fryzjerki konieczność zatrudnienia się w którejś z czołowych sieciówek.

Zakupy w fotelu

Problemy galerii handlowych objawiające się wycofywaniem się z nich niektórych wiodących marek można więc odczytać jako zatrzymanie ekspansji sklepów wielkopowierzchniowych. Problem w tym, że nie musi to wcale oznaczać odżycia centrów miast i lokalnego życia gospodarczo-społecznego. Strach przed zakażeniem tym, czy innym hipotetycznym wirusem, może przecież tak samo odstraszać od sklepów zlokalizowanych na ulicach. Często są one mniejsze i panuje w nich większy ścisk, co jeszcze będzie działać na ich niekorzyść. Niestety najpewniej nasze nawyki zakupowe nie wrócą na stare tory, tylko skręcą w jeszcze innym kierunku.

Dominować zacznie handel internetowy lub inne formy zakupów zdalnych, chociażby zakupy na telefon, przypominające obecne zamawianie pizzy. W ogóle „chodzenie na zakupy” stanie się przeżytkiem. Do sklepów stacjonarnych, czy to w galeriach, czy to przy ulicach, będziemy wyskakiwać w konkretnym celu. „Chodzenie na zakupy” zostanie zastąpione przez funkcjonalny wyjazd do ustalonego punktu, nabycie wcześniej wypatrzonego w sieci towaru, a następnie szybki powrót. To oczywiście może mieć pewne pozytywne skutki – przede wszystkim ograniczy bezsensowny konsumpcjonizm, czyli nabywanie zupełnie niepotrzebnych dóbr pod wpływem chwili. Jednak społeczna funkcja przebywania w skupiskach placówek handlowo-usługowych zacznie tracić na znaczeniu. Galerie handlowe opustoszeją, jednak centra miast wcale nie zapełnią się przez to ludźmi. Tłum i ścisk pojawi się za to na łączach internetowych, a na ulice wylegnie jeszcze więcej pojazdów dostawczych. O ile ekspansja sklepów wielkopowierzchniowych sprawiła, że przenieśliśmy się do sterylnych budynków galerii handlowych, to pandemia koronawirusa sprawi, że zasiądziemy w naszych sterylnych mieszkaniach, dając upust naszym konsumpcyjnym pragnieniom, siedząc w fotelu przed ekranem monitora.

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Rynek pracy # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.