Felieton

Polska B inna niż myślisz

Suchowola
Suchowola fot. PodlaskaAgencjaFotografic z Pixabay

Polityczny antagonizm między Polską A, a Polską B jest korzystny dla dwóch największych politycznie sił – skupia wokół nich wielomilionowe elektoraty. Ale może być znacznym kłopotem dla prowincjonalnej Polski.

Niekorzystne dla Rafała Trzaskowskiego rozstrzygnięcie w II turze wyborów doprowadziło do kolejnej eskalacji niechętnych wobec Polski B nastrojów wśród bardziej zamożnego i lepiej wykształconego, na ogół miejskiego i wielkomiejskiego elektoratu. Ktokolwiek miał jeszcze jakiekolwiek złudzenia, do tego jak – na ogół – Polska A odnosi się do Polski B, najpewniej właśnie je stracił. Jeśli lewica jeszcze roiła sobie, że ma szanse na jakikolwiek kontakt z wiejskim i małomiasteczkowym wyborcą, innym niż stary, po-PRL-owski elektorat, też powinna pozbyć się złudzeń.

Klasowa i ekonomiczna polaryzacja konfliktu uczyniła Prawo i Sprawiedliwość (wciąż nieco na wyrost – ktoś trafnie zauważył) politycznym reprezentantem Polski B, ku niemałemu wciąż jednak zaskoczeniu części konserwatywnych, wielkomiejskich, inteligenckich elit, stojących za wygrywającą wciąż formacją.

Prawicowych elit, które w wielu swoich życiowych postawach i myślowych nawykach w gruncie rzeczy długo stały mniej więcej tam, gdzie konserwatywno-liberalny elektorat Platformy Obywatelskiej. Wszak odkrycie Polski B przez część od dawna wielkomiejskocentrycznych prawicowych elit wiąże się w znacznej mierze z wyborczymi sukcesami Zjednoczonej Prawicy w 2015 roku i później – radością ze znalezienia potężnego rezerwuaru sił wyborczych, zdopingowanych do udziału w kolejnych wyborach kilkoma spełnionymi prosocjalnymi obietnicami rządów Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego.

I nic nie pomaga lewicy i liberałom nazywanie tego drugiego banksterem, przypominanie jego współpracy z Donaldem Tuskiem. Nie pomagają też napomknięcia, że Andrzej Duda jest w gruncie rzeczy człowiekiem ukształtowanym przez świat wzbogaconej wielkomiejskiej inteligencji  – dla beneficjentów pięćsetplusowej polityki wystarczy, że są to politycy, którzy zapewniają ciągłość prosocjalnej polityki PiS.

Lewica wiele już powiedziała o tym, że rządząca formacja politykę społeczną robi źle. Ale sama – co doskonale pokazały te wybory – jest zakładnikiem (i zakładniczką oczywiście też) Polski A, jej liberalnych elit i ich pomysłów na naszą rzeczywistość. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane – powiada staroświeckie, lecz jakże trafne przysłowie.

Dla Polski B, którą podejrzewa się o wszelkie społeczne wady, istotna jest przede wszystkim sprawczość. A ta przemawia na korzyść Prawa i Sprawiedliwości.

Kłopot polega na tym, że cała ta sytuacja jest jednak dość niekorzystna dla Polski B. 

Po pierwsze, wbrew temu, co sądzą opisujący ją jako terytorium zamieszkiwane przez ludzką biomasę, Polska B jest mocno wewnętrznie zróżnicowana. Konflikty polityczne, ekonomiczne, kulturowe i klasowe żłobią ją nie mniej silnie niż wielkie miasta, coraz mocniej podzielone na dobre i złe dzielnice. Polska B ma także swoje elity, swoją nowobogacką wpływową warstwę, która – przynajmniej w sferze symbolicznej – nierzadko czuje się bardziej związana z „uśmiechnięta i tolerancyjną Polską” niż ze swoimi mniej zamożnymi sąsiadami.

Gdy pochodzi się stamtąd, człowiek nie ma co do tego żadnych złudzeń – często pogarda wobec „roszczeniowego lenia, który bierze w sklepie na krechę” bywa o wiele bardziej wyrazista i zajadła u dobrze sytuowanego zamożnego małżeństwa, żyjącego na wsi lub w prowincjonalnym mieście, niźli u przeciętnego widza komercyjnej telewizji z metropolii. I taki „roszczeniowy nierób”, czyli często ktoś, z kogo pracy na czarno i za pół darmo długo żyły prowincjonane elity, właśnie przez lepiej sytuowaną Polskę B postrzegany jest jako beneficjent pięćsetplusowej polityki.

Nie wspominając o najmłodszym pokoleniu tamtejszych pracowników najemnych, nieledwie dzieciaków, które ledwo co zaczęły harówkę w lokalnych firmach, lecz podoba się im korwinizm Krzysztofa Bosaka. A za swojego największego wroga uważają nie tylko państwo, ale – również – beneficjentów pięćsetplusowej polityki. I mówią nie tak rzadko: „a mnie rodzice wychowali, choć pięćset plus nie mieli”. Nie przekonują ich argumenty, że to nie były jednak normalne czasy, ale III RP w swojej najbardziej niesprawiedliwej wersji.

To nie jest tylko tak, że na prowincji nie ma dziś sprawnej sieci komunikacji publicznej, że zamknięto wiele szkół, że zamyka się ośrodki zdrowia, ponieważ to wszystko stopniowo zabrała i unieruchomiła Polska A. Tak, polityka państwa, nastawienie wielkomiejskich elit miało na to znaczny wpływ. Ale problemem jest również to, że Polska B często nie chciała i nie umiała o to wszystko walczyć. Czy ściślej: że bardzo często lokalne elity, elity powiatów, gmin, małych miast, wiosek i wioseczek nie poczuwały się do odpowiedzialności za zamykane szkoły, domy kultury, biblioteki. To one machnęły ręką na zawieszanie linii kolejowych, albo ignorowały prośby małych lokalnych społeczności o zachowanie komunikacji PKS.

Mimikra decydowała o modelu rozwoju także Polski B, zapożyczenia z małego i większego ekranu, kompleksy tych, którzy chcieli mieć „tak jak w mieście”, wzorce dobrobytu narzucane przez wielki kapitał z pomocą wpływowych mediów i reklamy.

Po co ci autobus albo pociąg, w którym musisz się cisnąć z innymi, który nie podwiezie cię z zakupami pod sam dom, skoro możesz mieć samochód? Albo – alleluja! – nawet dwa! Po co ci szkoła czy biblioteka na wsi? Zobacz! – w mieście niedaleko powstaje galeria handlowa, i Ty możesz mieć wspaniały zestaw kina domowego w domu.

Lokalne małomiasteczkowe elity uwielbiają wypasione fury, lubią styl życia z solidnym śladem węglowym i zdarza się im wywalać śmieci do lasu. I to właśnie te lokalne elity – wcale to nie świadczy o tym, że nie troszczą się w ogóle o swój rejon, po prostu mają swoje priorytety – bardzo długo nie rozumiały, że smog i korki na wąskich małomiasteczkowych ulicach, całe areały zamienione w parkingi, brak komunalnych tanich mieszkań w mniejszych miastach, brak ośrodków zdrowia bliżej wsi, rozpad komunikacji łączącej metropolię z mniejszymi i większymi miejscowościami położonymi kilkadziesiąt kilometrów dalej, suburbanizacyjne rozlewanie się miasteczek i wsi – w końcu zacznie hamować ich rozwój. Tak po prostu i nieodwołalnie – uderzy to samorządy po kieszeni, zacznie wpływać na atrakcyjność tych miejscowości/powiatów/gmin i stworzy nowe kosztołchłonne wyzwania.

Biedniejsi lokalsi z Polski B też często śnią o wypasionych furach, chcą zostawiać za sobą solidny ślad węglowy i również zdarza im się wywalać do pobliskich lasów stare meble, opony, lodówki i telewizory. Piszę to z bólem, ale to także trzeba widzieć, żeby nie dać się dopaść nowej ludomanii – bo nie rozwiąże one żadnych realnych problemów. Choć, co prawda, chyba nam ta nowa ludomania jakoś specjalnie nie grozi.

Liberalne elity raczej nie przestaną nienawidzić wsi, lewicowe – mówić o niej językiem seminaryjnych dyskursów, a prawicowe – cieszyć się myślą, że póki co wciąż jeszcze wystarczy Polsce B Zenek Martyniuk, pięćset plus i suma w niedziele. Choć to już o wiele bardziej skomplikowane, a wiejska religijność, choć w inny sposób niż w wielkich miastach, coraz bardziej doświadcza prywatyzacji duchowości/religijności i laicyzacji – laicyzacji wciąż uczestniczącej w obrzędach i rytuałach opowiadających o życiu, śmierci, miłości i jej braku.

Jest jeszcze jeden problem: Zjednoczonej Prawicy nie udało się przez ostatnie pięć lat poważnie wzmocnić infrastrukturalnie Polski B. Pisałem o tym szerzej w artykule „Co PiS-owi nie wyszło? Spojrzenie na Polskę B” dla Nowej Konfederacji. Czy to problem administracji i współdziałania instytucji, czy raczej trudność uzgodnienia z samorządami i ważnymi podmiotami finansowymi poszczególnych rozwiązań – widać jednak, że Polska B nie doczekał się ani odbudowy PKS-ów, ani solidnego wdrożenia programu Mieszkania Plus.

Rozwój się dokonuje, ale idzie on mocno ponowoczesnymi szlakami – dziś w coraz większej liczbie małych miejscowości łatwiej o światłowód niż o sprawną komunikację publiczną. Ktoś powie, że o tym decyduje przede wszystkim rozwój technologii i cywilizacyjne/kulturowe priorytety. Ale powszechnie dostępna sieć i dostępne przez nie usługi nie rozwiążą całego mnóstwa problemów starzejącej się coraz szybciej Polski B, z której tak często uciekają młodsi. W której również, coraz trudniej, odtwarzają się lokalne elity, ponieważ młodzi wciąż wyjeżdżają do wielkich miast.

Poważna rozmowa o tym wszystkim, o podziałach nie tylko między Polską A i Polską B, ale również w ich obrębie nie będzie jednak możliwa, dopóki „gorsza Polska” będzie zakładniczką ostrego politycznego sporu i narastających fobii wielkomiejskich liberalnych elit. A przecież chodzi o coś znacznie więcej niż stan posiadania jednej czy drugiej partii. A problemy Polski B to tak po prostu problem całej Polski.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 30 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.