fbpx

Felieton

Bezdroża turystyki

plaża
fot. Mouse23 z Pixabay

Joanna Suciu

Nr 33 (2020)

W lata 20. weszliśmy z prawdziwym hukiem i nie będzie to wejście dobrze wspominane.

Rok 2020 zmienił świat, uderzył we wszystkie aspekty życia, te bazowe, jak i te związane z rozrywką i odpoczynkiem. Szczególnie mocno odczuła to m.in. branża turystyczna. Prawie całkowicie zamarła turystyka zagraniczna, szczególnie ta pozaeuropejska. Wiele osób w te wakacje w ogóle nie wyjechało, a jeśli już gdzieś się wybrali, to nie opuszczali swojego kraju. Nadpobudliwość turystyczna nie może znaleźć ujścia. City breaks w Europie, all inclusive w Tajlandii, safari w Afryce, nurkowanie w Egipcie – stały się w zasadzie niemożliwe. Da się bez tego żyć, za rok pojedziemy. Myślicie tak czasami?

Czy ta wymuszona absencja skłoni kogokolwiek do refleksji nad sensem i skutkami ciągłych podróży? Chcemy odpocząć od swojego codziennego życia, to zrozumiałe. Czy rzeczywiście spędzamy ten czas smakując ciszę? Część ludzi tak, większość nie. Najlepszym tego przykładem są nadmorskie kurorty.

Spędziłam ostatnio kilka dni w takim miejscu. Już o wschodzie słońca na plaży było dużo ludzi. Część z nich po prostu się (jeszcze) nie położyła i czekała na widok słońca wynurzającego się zza linii horyzontu. Szum fal zagłuszała muzyka z przenośnego sprzętu oraz entuzjastyczne uwagi wykrzykiwane między miłośnikami wschodów słońca. Około godziny 7 zapadała na plaży względna cisza, ale już od 8 włączano muzykę, która dudniła cały dzień z głośników pobliskich barów.

Stopniowo mieszała się ona z innymi dźwiękami. Naganiacze na wycieczki motorówką do wraku statku przez cały dzień ostrzegali przez tuby, że to ostatni moment i ich łódka zaraz odpływa. Inni zachęcali krzykiem do zdjęć z jakimś potępieńcem w stroju niedźwiedzia. Nawet automaty, gdy się do nich zbliżyć, reklamowały same siebie. Wypróbuj mnie! – kusiła miękkim kobiecym głosem budka, w której można było pięścią uderzyć w gruszkę do boksowania. Przedzierając się w tłumie i hałasie, zastanawiałam się, jak to możliwe, by tu wypocząć. Chaos miasta zastąpiony lunaparkowością kurortu. Upał miasta upałem plaży. Można za to poskakać na falach (wśród setek innych turystów). Piękno i spokój można było znaleźć dopiero kilka kilometrów dalej, z dala od ludzi.

Za Wikipedią: „Podróże odbywano od dawna, początkowo dla praktycznego celu: nauki, handlu, polityki (poselstwa). Podróżowano również do miejsc kultu religijnego: z chęci odpokutowania za grzechy, zjednania łask lub w podzięce za nie. W starożytności, a następnie w dobie odrodzenia podróżowano także dla poznania świata. Podróżnicy spisywali swoje przeżycia, opisywali przemierzane krainy i zwyczaje ludów je zamieszkujących. Te notatki i pamiętniki były często publikowane i stanowiły dla współczesnych cenne źródło wiedzy o świecie. W XV i XVI wieku nastąpiła epoka wielkich odkryć geograficznych, w ramach lub na skutek których organizowano wyprawy zbrojne w odległe rejony świata zwane konkwistą”.

Biorąc pod uwagę tę definicję, biura podróży powinny w trybie natychmiastowym zmienić swoje nazwy. To, co proponują, to nie są podróże, lecz turystyka. Chwilowa zmiana miejsca, zwykle z punktu A do B, z wytyczonym programem dnia, w miejscach specjalnie spreparowanych dla turystów. W wielu miejscowościach jest część kurortowa, jak z szalonego snu, a dopiero dalej, za płotami, toczy się zwyczajne życie miejscowych. Kontrast między tymi światami jest uderzający.

Obecnie nie podróżujemy już, by odkrywać nowe lądy. Świat jest znany i dostępny w tysiącach zdjęć i filmów. Są, oczywiście, klasyczni podróżnicy, otwarci na to, co przyniesie droga, eksplorujący świat poza utartymi szlakami. Dawniej podróżowali nieliczni, teraz turystyka stała się masowa.

Olga Tokarczuk pisze w „Ostatnich historiach” o namiastkach podróży, jakie podejmują obecnie osiadłe plemiona. O ludziach ciągnących za sobą domy upakowane w walizki, kosmetyczki i notesy. O kotwicach kart kredytowych. O braniu w posiadanie tymczasowych skrawków przestrzeni, choćby były to hotelowe szafy. „Ich podróż jest pozorna, ponieważ ma z góry określony cel; albo szukają towarzystwa innych ludzi, albo przyciągają ich rzeczy. Odwiedzają albo oglądają”.

Czasami zastanawiam się, jaką logiką rządzą się wakacyjne wybory. Dla mieszkańców dużych aglomeracji jest to ucieczka przed latem w mieście. Ale w takim razie po co uciekają do miejsc jeszcze bardziej gorących, czy do innych miast? Może to chęć zwiedzania zabytków? Ale dlaczego robi się to w szczycie sezonu, w niemożliwym tłumie, pobieżnie, czekając raczej na opuszczenie starych murów i zanurzenie się w stragany z magnesami i chińskimi produktami udającymi lokalne hand-made? A czy nagłe porzucenie pracy biurowej i wspinanie się w wysokich górach będzie rzeczywiście dobre dla zdrowia? Lub szukanie spokoju na campingu, wokół grilla, z radiem na cały regulator – czy ma to jakiś sens?

A może jedziemy, bo chcemy zobaczyć, jak się żyje gdzie indziej? Tylko dlaczego w takim razie siedzimy w ogrodzonym kurorcie lub kręcimy się w turystycznym centrum, zamiast wejść w boczne uliczki, pojechać w miejsca nieodmalowane, ale bliższe lokalnemu życiu?

Mam wrażenie, że lubimy po prostu zanurzyć się w tym nierealnym, turystycznym świecie. To takie życie na niby, a turyści jako masa często traktowani są z lekkim pobłażaniem, jak grupa dzieci na koloniach.

Decyzje, gdzie wyjechać i jak odpocząć, nie zawsze wynikają z jakiejkolwiek analizy. Po prostu wybieramy to, na co nas stać, gdzie jeszcze nie byliśmy, lub gdzie się nam spodobało i chcemy tam wrócić. Aby wyrwać się z domu, by mieć się czym pochwalić w mediach społecznościowych.

Ktoś może zapytać – ale o co chodzi? Ludzie wyjeżdżają, bo chcą i odpoczywają, jak chcą. Jasne, ale jest w tym też rewers. Bo turystyka nie jest czymś neutralnym i niesie za sobą wiele skutków, także negatywnych. Powinna być zatem: potrzebna, przemyślana i dobrze zaplanowana.

Nerwica turystyczna, kompulsywne wyjazdy, których jest coraz więcej, bo jako społeczeństwo się bogacimy, nie pozostaje bez wpływu na środowisko. Transport, odpady, hałas – długo można by wymieniać.

Turystyka to nie tylko źródło dochodów dla miejscowych społeczności. Zbyt masowa to także duże obciążenie dla środowiska, a nawet niszczenie tego, co stanowi największą wartość odwiedzanego miejsca – piękna przyrody, zabytków. Zresztą wiele państw, miast czy parków narodowych wprowadza ograniczenia liczby turystów. Jednak większość bardzo popularnych turystycznie miejsc trzeszczy w szwach i rozdźwięk między zdjęciami z folderów, a rzeczywistością jest coraz większy. Jeśli chcecie fotkę pięknego zachodu słońca nad Tadż Mahal, w pustym parku, zapoznajcie się z instrukcją edycji zdjęć i usuwania z nich postaci.

Tadż Mahal
Tadż Mahal, fot.  Liliana Klatt Pixabay

Choć pandemia mocna uderzyła w ekonomię, ale też w nasze przyzwyczajenia i wygody, można ją wykorzystać do obserwacji i wyciągnięcia wniosków. Czy rzeczywiście trzeba jechać na drugi koniec świata, by odpocząć lub doświadczyć czegoś ciekawego?

Odpoczywamy i obserwujemy tam realne życie, czy jedynie spreparowany produkt turystyczny? Może to czego szukamy, jest nie na innym kontynencie, ale znacznie bliżej? Może warto z czegoś zrezygnować? Jest to prawdziwa sztuka, której dopiero zaczynamy się uczyć. Na razie w covidowym przymusie, ale w przyszłości może też dobrowolnie?

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 33 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Ekologia # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.