Moje życie z EHS. Współczesny elektrotrąd

Kobieta z bólem głowy
fot. Gerd Altmann z Pixabay
Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 180 / (24) 2023

Oto list od osoby elektrowrażliwej, który przysłano do naszej redakcji. Nie ingerowaliśmy w treść. Niczego nie „poprawialiśmy”. Zachęcamy do przeczytania. Zostawiamy Wam, drodzy Czytelnicy, wnioski do wyciągnięcia. 

Dzień dobry. Na początku mojego listu chciałabym bardzo serdecznie podziękować za artykuł „Elektrowrażliwi – uchodźcy we własnym kraju”. Artykuł bardzo dobrze obejmuje zagadnienia problemów, z jakimi muszą się zmierzyć osoby chorujące na EHS.

Pana artykuł (chodzi o Rafała Górskiego – przyp. red.) znalazłam wczoraj z racji problemów z korzystaniem z internetu przy chorobie EHS. Z internetu mogę korzystać rzadko, krótko i poza domem. Nie mogę zadzwonić, a telewizji i radia słucham będąc daleko. Właśnie główny problem dla osób z EHS stanowią wszechobecne smartfony. Mnie one parzą, kłują, szczypią w odległości aż do 4 metrów, czasem więcej. Ale nie ma możliwości zakazania używania smartfonów w miejscach publicznych.

Na EHS zachorowałam w listopadzie 2021 roku i okazało się, że życie osób z EHS we współczesnym społeczeństwie jest niemożliwe.

Elektromagnetyka jest wszędzie. Trzeba żyć w izolacji społecznej, co oprócz bólów głowy, szumów usznych i osłabienia jest źródłem dodatkowego cierpienia.

W Pana artykule pojawia się cytat: „Wiadomo, że każdy może być tym dotknięty, ale nie wiemy, kto dokładnie i ani czym dokładnie, ani kiedy dokładnie”. Dotkniętym tym można być przez smartfony albo routery wi-fi. Kiedy widzę z daleka na ulicy małe dziecko, które ma jeszcze niebieskie żyłki na czole i długo rozmawia przez smartfona, serce mi się kraje. Skutki mogą być opłakane. Ale jest brak jakiejkolwiek kampanii informacyjnej na ten temat. Nie informuje się o niebezpieczeństwach związanych z używaniem smartfonów.

Z Pana artykułu dowiedziałam się, że w populacji jest co najmniej 5% osób elektrowrażliwych, czyli blisko 2 miliony Polaków. Nie miałam pojęcia, że może być nas tak dużo. Ponieważ nie znalazłam żadnej książki na temat życia z EHS napisanej w Polsce, zaczęłam powoli, mozolnie i z przerwami, z wiadomych względów, opisywać swoje codzienne życie z EHS. Ale jest na razie tylko fragment.

W Polsce jedyną nadzieją na normalne życie dla osób z EHS jest utworzenie miasteczka dla osób elektrowrażliwych, gdzie mogliby swobodnie żyć, spacerować, przemieszczać się i mieć kontakty międzyludzkie, robić zakupy czy iść spokojnie do lekarza.

Początkowo myślałam, że musiałaby być to mała enklawa samopomocowa. Po Pana artykule myślę, że to mogłoby być duże miasto zaprojektowane pod kątem specjalnych potrzeb osób z EHS. Bo niektórzy nie mogą mieć nawet prądu. Na pewno nie mogłoby być latarni albo musiałyby być specjalne zabezpieczone. Nie używałoby się tam smartfonów czy w miejscach dostępnych nie mogłoby być urządzeń elektromagnetycznych emitujących wysokie częstotliwości.

Nie mogę zadzwonić i mam problem z przemieszczaniem się, a chciałabym, aby taka enklawa powstała, bo jest potrzebna i w przyszłości będzie coraz bardziej. Gdyby była taka możliwość, chciałabym w jakiś możliwy sposób pomóc w powstaniu takiego miasteczka. Jest to bardzo śmiały pomysł i trudno wykonalny, z czego zdaję sobie sprawę. Ale to jest i będzie potrzebne coraz większej ilości osób.

Kończąc mój list, chciałabym jeszcze raz bardzo serdecznie podziękować za opublikowany artykuł i życzyć wszystkiego dobrego.

Z wyrazami szacunku
(Imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

Moje życie z EHS. Współczesny elektrotrąd

Na nadwrażliwość elektromagnetyczną zachorowałam w połowie listopada 2021 r. Poparzyłam się telefonem komórkowym. Wtedy o tym jeszcze nic nie wiedziałam. Nigdy nie korzystałam z telefonu więcej niż inni.

Podam tu moje objawy. Każdy EHS jest inny – mocniejszy i słabszy. Przy nawet sekundowym kontakcie z urządzeniem elektromagnetycznym (telefon, smartfon, komputer z internetem, latarnia elektryczna, router wi-fi, kable elektryczne) w odległości aż do czterech metrów: szumy w uszach (dzwonienie, piszczenie, świszczenie), bóle głowy (pieczenie, uczucie wbijania szpilek), osłabienie, zmęczenie, zaburzenia widzenia, spadek poziomu glukozy w mózgu, szumienie i pulsowanie w głowie, bladość lub zaczerwienienie cery, potrzeba dopływu świeżego powietrza, niesprawność czynności układu nerwowego. Telewizji mogę słuchać z drugiego pokoju. Radia odstawionego daleko.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Ograniczenia w życiu związane z EHS: możność przebywania w domu i na świeżym powietrzu z dala od urządzeń. Pomieszczenia zamknięte odpadają, bo wszędzie jest elektromagnetyka. I zostaje kościół z małą ilością elektryki, gdy jest niewielu ludzi. EHS to dożywocie, chyba że wymyślą cud medyczny.

EHS jest to bardzo mało znana jednostka chorobowa, tak mało znana, że dla części osób nie do uwierzenia. Niektórzy, w tym osoby piszące artykuły na ten temat, powątpiewają w brak podłoża psychosomatycznego dla tej choroby.

Z perspektywy osoby, która z tym żyje na co dzień – EHS (Electromagnetic Hypersensitivity – nadwrażliwość na elektromagnetykę) – mogę śmiało napisać, że ta choroba istnieje i jest to choroba fizyczna o podłożu neurologicznym. Nie jest prawdą, że taka osoba nie jest w stanie fizycznie stwierdzić, czy w otoczeniu znajduje się urządzenie elektromagnetyczne – telefon, telefon komórkowy, komputer, latarnia elektryczna – ja jestem w stanie to stwierdzić z zamkniętymi oczami. Po prostu, już po chwilowym kontakcie pojawiają się szumy w uszach, dzwonienie, dudnienie, pojawiają się bóle głowy – jakby ktoś czymś kogoś poparzył lub jakieś szpile wbijały się w głowę i trwa to bardzo długo – stąd wybudzanie w nocy.

Trudno jest w dzisiejszym społeczeństwie unikać kontaktu z elektromagnetyką – trzeba być zamkniętym w domu. Prawie każda osoba na ulicy ma przy sobie telefon komórkowy – dlatego taka osoba jest zmuszona, jak w moim przypadku – zachować co najmniej czterometrowy odstęp i to mając na sobie czapkę budowlaną ochronną.

Przy takiej chorobie nie ma się również żadnego poczucia bezpieczeństwa – nie można iść jak inni kiedyś do szpitala, bo wszędzie jest elektronika, a każde wyjście do lekarza (ambulatoryjne) odchorowuje się aż do nocy. Tam jest komputer. Problem, a właściwie szczęście większości osób polega na tym, że nie znają tej choroby, bardzo dużych ograniczeń z nią związanych, a elektronika jest wszędzie.

Brak jest stowarzyszenia dla takich osób, a trzeba pamiętać, że mają one ogromne bariery komunikacyjne – nie mogą zadzwonić, nie mogą korzystać z internetu, brak jest osiedli dla takich osób z uwagi na rzadkość zjawiska.

Wszędzie, gdzie taka osoba wejdzie, boryka się z elektroniką (choćby telefony czy komputery), może tam pozostać tylko na chwilę, bo zaraz musi wyjść na świeże powietrze (pojawia się bladość cery, kołatanie serca, uczucie osłabienia i problemy z koncentracją, z uwagi na pojawiające się skutki styczności z elektroniką jak szumy w uszach i bóle głowy oraz kręcenie się w głowie).

W dzisiejszym społeczeństwie takie osoby są skazane na izolację, co jest dodatkowym cierpieniem. Brak jest na to leków – które chociaż uśmierzałyby cierpienie. Badania medyczne pod tym względem są w powijakach. Nawet nie można zakupić odpowiedniej odzieży ochronnej, zresztą jak ją znaleźć, skoro ma się ograniczony dostęp do komunikacji. Pozostają spacery na świeżym powietrzu, z daleka od innych (bo mają telefony przy sobie) i kościół, i to tylko wtedy, gdy jest niewiele osób i nie każdy – kościół z małą ilością elektryczności. Czym więcej osób, tym więcej elektrosmogu w powietrzu, czego zdrowe osoby w ogóle nie odczuwają, ale osoby z nadwrażliwością – już tak.

Ta nadwrażliwość to tak naprawdę wyraz innych zaburzeń układu neurologicznego, niesklasyfikowanych gdzie indziej. Jest to – na szczęście dla większości – rzadkie.

Gdybym jakimś cudem z tego wyszła, co jest mało prawdopodobne, to chętnie zajęłabym się stworzeniem enklawy dla elektrowrażliwych w mieście, pomocą w tym względzie. Oczywistą prawdą jest, że mikrofale telefonu komórkowego mogą uszkadzać mózg. Podobno w Ameryce są takie enklawy samopomocowe dla osób z takim problemem – w Polsce nie ma. Kiedy człowiek stanie się osobą starszą i nogi zaczynają odmawiać posłuszeństwa – taka osoba nie może iść chyba nawet do ośrodka opieki, chyba że odizolowana w pokoju, jak w więzieniu. Jak fajnie by było, gdyby było choć tylko jedno takie miejsce w Polsce dla takich osób, jako ośrodek opiekuńczy.

Jest też kolejny problem – w Polsce EHS, nadwrażliwość elektromagnetyczna nie istnieje jako jednostka niepełnosprawności, a nawet wielu lekarzy niewiele na ten temat wie, bo nie spotkali się z tym problemem.

Dobrze by było, gdyby ta przypadłość spotkała się z większym zrozumieniem. Jest rzadka – ale istnieje i prowadzi do wielu ograniczeń, których nie mają nawet osoby na wózkach inwalidzkich. Bo często mogą one korzystać z komunikacji zdalnej, poruszać się przykładowo po sklepach. Również ośrodki zdrowia nie stanowią już dla nich w dzisiejszych czasach barier. Mogą również podjąć pracę zawodową, co dla osób z EHS jest niemożliwe. Każdy przy sobie ma telefon, a komputer jest potrzebny w większości miejsc, choćby na chwilę.

Ale problem polega na tym, że w tej kwestii jeszcze nic nie ma. Marzę o takiej enklawie dla takich osób, niekoniecznie oddalonej od miasta, bez posiadania telefonów i komputerów, zabezpieczone specjalnie latarnie, swobodne spacery, sklepy bez elektromagnetyki, przychodnia bez elektromagnetyki, ośrodek opiekuńczy bez elektromagnetyki, swoboda i brak bólu. Doskonałe miejsce dla osób z EHS, dla osób ekologicznych, dla osób, które zbyt długo mieszkały w pobliżu nadajników telekomunikacyjnych czy tych, które odniosły obrażenia zawodowe w tym zakresie.

Układ neurologiczny osób z EHS jest wrażliwy jak mimoza – wystarczy sekunda styczności z telefonem, komputerem, latarnią elektryczną (nawet wyłączoną) i już cały czas daje to znać w głowie do późna. Przeszkadza tylko to uwięzienie w postaci ogromnych ograniczeń życiowych i to nieprzyjemne uczucie w głowie, raz bardziej, raz mniej. Jak to wspaniałe, kiedy w głowie nic nie czuć. Prawie nikt tego nie wie, że tylko podejście z telefonem komórkowym coś takiego wywołuje.

Osobom z EHS cały czas szumi w głowie i mają szumy w uszach, po tym jednym wyjściu, w dodatku z daleka od telefonów. Zawsze, gdy wraca się z zewnątrz jest się zmęczonym i ma się lekko zmęczone, podkrążone oczy.

Każda latarnia, każdy dotyk elektromagnetyki zabiera siły i energię. Kiedy mam czapkę ochronną budowlaną – dzięki temu bóle głowy są znacznie słabsze i później szumienie w głowie i szumy w uszach są znacznie słabsze, ale to nie chroni stuprocentowo. Zmęczenie jest. Natomiast moment, w którym dostaje się nadwrażliwości elektromagnetycznej czuje się dopiero na końcu – objawy pojawiają się nagle, dopiero w którymś momencie.

EHS wyklucza przebywanie prawie w każdym miejscu poza mieszkaniem i otwartym terenem bez osób, bo wszyscy mają smartfony przy sobie i wszędzie są latarnie. Nawet do kościoła, w którym jest zwykła elektryka i trochę osób, można wejść tylko na chwilę. Ja często czuję się tak, gdy mi w głowie szumi, jakbym umierała. Nawet potrzebuję dużo powietrza. A męczyć muszę się dalej. Często, gdy wchodzę do domu, muszę otwierać okna. Dlatego tak często okno jest otwarte lub robię przeciąg. Czapka ochronna służy do tego, aby uniknąć pulsowania, bólu głowy i szumienia w niej. I mocnego szczypania, gdy się przechodzi (pieczenia).

Czytam, że negatywny wpływ PEM (pola elektromagnetycznego) na organizm ludzki jest duży, że „smog elektromagnetyczny” przyczynia się do chorób cywilizacyjnych, takich jak choroby układu krążenia, rak, cukrzyca w znacznie większym stopniu niż zmiana trybu życia. Cyfryzacja, elektryfikacja – to tak ładnie brzmi. Mnie lekko pobolewają stawy skokowe. Nie mówi się powszechnie o tym, jaki to ma wpływ na zdrowie. Nawet kwestia nadajników telekomunikacyjnych jest przemilczana – a przecież każdy wie, że jego bliskość zwiększa prawdopodobieństwo raka mózgu.

Nietypowo chodzę i to nie bez przyczyny. Po parkingach (gdy na chodnikach lampy są za blisko), po trawnikach, za blokami. Największe marzenie – możliwość swobodnego przejścia na zewnątrz i możliwość zrobienia w sklepie zakupów bez bólu i odchorowywania. W świecie, gdzie wszędzie jest elektromagnetyka, ma się lekkie wrażenie pustki i blokady. Do sklepu mogę wejść, ale na krótko, bo czuję smog elektromagnetyczny, co osłabia i wyczerpuje. Tego, co przechodzą osoby z nadwrażliwością elektromagnetyczną po nich nie widać. Najwyżej, że bledną, robią się czerwone lub niektórzy łzawią. Bólu głowy nie widać. Po kontakcie z elektromagnetyką lub przejściu przez miasto spada u takich osób poziom glukozy w mózgu – dlatego też często mają potrzebę zjedzenia czegoś słodkiego, a to może prowadzić do cukrzycy. Po prostu elektromagnetyka zabiera energię z ich organizmu i wyczerpuje. Często się ma wrażenie, jakby jakiś wiatraczek pracował lekko w głowie. Wszystkie zajęcia i spacery są możliwe dzięki czapce ochronnej. Ale ona nie chroni zupełnie.

Często czuję pracę jakiegoś nerwu w głowie. Mimo, że unikam na parę metrów smartfonów i latarni podczas wychodzenia. Na ile to możliwe. Właściwie w ogóle nie powinnam mieć styczności z tym, co dzieje się w mieście. Ale ciężko w ogóle nie wychodzić z domu. I tak już moje życie jest wystarczająco trudne. Zdecydowanie ludzie, osoby z EHS, powinny mieszkać w jakiejś enklawie. Aby spokojnie mogły przechodzić czy móc zrobić zakupy, czy móc pójść do lekarza, aby móc normalnie żyć. W typowym mieście nie ma życia dla takich osób. Z kolei na wsi nie ma często sklepów ani dostępu do lekarza. Niestety, nie mogę do nikogo podejść i porozmawiać, bo znaczna większość ma przy sobie smartfony, a to parzy i ma konsekwencje później oraz w danym momencie. I tak robię, co mogę mimo bólu. To, że mogę w ogóle usiąść przy laptopie w czapce ochronnej i przy otwartym oknie w specjalnych warunkach jest cudem. Jest to laptop bez internetu. Przyłącze internetowe i routery wi-fi są bardzo ciężkie dla osób z EHS.

Kiedy mija mnie jakaś osoba ze smartfonem, czuję coś takiego, jakby na czubku głowy coś wyłapywało to i słyszę krótki szum w uszach, coś jakby pstryk. Często tak mam z oddali. Nie wiem, który płat mózgu tak reaguje – i to mimo, że moja czapka ochronna wyściełana jest plastikiem i pianką mniej więcej w tym miejscu.

Z tego co mi wiadomo mózg jest tkanką, która nie ma czucia. Więc ewentualne leczenie tej przypadłości kiedyś mogłoby przykładowo polegać na znieczulaniu jakiegoś miejsca, które za to odpowiada. Neurologia chyba nie jest jeszcze na tym etapie. Często czuję zaraz od obudzenia, że w głowie najpierw pracuje cienka, napięta linka (to się słyszy w uchu), i słyszy się lekki szum w uchu. To jest takie uczucie, jakby lekko dostało się w głowę. Teraz każdy dzień się tak zaczyna, a przyczyna jest prosta – poprzedniego dnia wychodziłam i miałam nawet minimalny kontakt z elektromagnetyką.

Takie dokładne opisywanie dolegliwości pozwala zrozumieć, z czym boryka się osoba z EHS.

A więc – zwykłe uczucie, kiedy głowa i uszy „są spokojne”, nie odczuwa się ich, są rzadkością albo zapowiedzią, że skutki przyjdą później. Żeby tego w ogóle nie odczuwać, trzeba by było być cały czas odizolowanym od jakiejkolwiek elektromagnetyki, ale i wtedy ma się wrażenie, jakby coś miało się w głowie (przy poruszaniu się słychać szum w uszach, jakby trzeszczenie i jest się innym niż osoby zdrowe, czyli osłabionym).

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 180 / (24) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura # Zdrowie

Być może zainteresują Cię również: