Rozmowa

„Oppenheimer” faworytem do Oscarów. Fakty kontra filmowe mity o zrzuceniu bomb atomowych na Japonię

Little Boy, bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę, fot. Domena Publiczna
Little Boy, bomba atomowa zrzucona na Hiroszimę, fot. Domena Publiczna

Z Michałem A. Piegzikiem, specjalistą w tematyce wojny na Pacyfiku, rozmawiamy o filmie „Oppenheimer”, ówczesnej sytuacji Japonii, wojnie na Pacyfiku i polityce amerykańskiej wobec Tokio.

(Wywiad jest zredagowaną wersją podcastu „Czy masz świadomość?” pt. Oppenheimer, bomba atomowa, Hiroszima – mity i fakty).

Rafał Górski: Michale, dlaczego nasi Czytelnicy mieliby Cię uznać za osobę wiarygodną, która ma wiedzę na temat, o którym za chwilę porozmawiamy?

Michał A. Piegzik: Mam nadzieję, że istotniejszy od przedstawienia mojej osoby będzie fakt, że moje argumenty okażą się przekonujące. Jestem doktorem nauk prawnych, pracuję jako wykładowca w Edynburgu na Uniwersytecie Napier. Jestem też autorem licznych pozycji z zakresu II wojny światowej na Pacyfiku. W swoich badaniach naukowych opieram się na dokumentach amerykańskich, brytyjskich, holenderskich, jak też japońskich, ponieważ władam tym językiem. Mam nadzieję, że moje publikacje będą docierać do większej liczby osób i będą pomagały walczyć z mitami dotyczącymi wojny na Pacyfiku, jak i historii Japonii.

Przyczynkiem do tej rozmowy jest film „Oppenheimer”. Obejrzałem go i jestem ciekaw Twojej opinii. Dla tych, którzy nie oglądali – to historia amerykańskiego naukowca, Roberta Oppenheimera i jego roli w zbudowaniu bomby atomowej. Jakie, Twoim zdaniem, trzy mity powiela ten film?

Pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie nieco przewrotnie, dlatego że jeszcze tego filmu nie oglądałem [rozmowa została przeprowadzona w formie podcastu tuż po premierze filmu. Teraz prezentujemy jej wersję tekstową – przyp. red.]. Zrobiłem to celowo, ponieważ za każdym razem, kiedy pojawia się na rynku film dotyczący mojej działki naukowej, historycznej, lubię obserwować reakcje ludzi. Gdybym obejrzał ten film, wyrobiłbym swoje zdanie, wchodziłbym w polemikę z ludźmi, którzy mają inne zdanie. Tymczasem, mam taką unikalną możliwość poznania wpierw reakcji ludzi. Tego, w jaki sposób film na nich wpłynął, jakie mają zdanie na jego temat i dzięki temu będę w stanie spojrzeć na sprawę bardziej bezstronnie. Niemniej, mam nadzieję, że w niedługim czasie będę miał okazję go obejrzeć, ponieważ bardzo na niego czekałem i też jestem podekscytowany.

Obserwując dyskusję w Internecie, która toczyła się bezpośrednio po wypuszczeniu filmu, dostrzegłem sprzeczne opinie na jego temat. Daje mi to dużo do myślenia.

Z jednej strony widzę, że ludzie uważają – a przynajmniej taki jest mój odbiór komentarzy na Twitterze i na Facebooku – że film w końcu przełamuje pewnego rodzaju tabu. Amerykanie przyznają się do tego, że bomba atomowa, jej użycie, było tragiczną pomyłką i że Stany Zjednoczone, w pewnym stopniu przyczyniły się do zbrodni na japońskiej ludności cywilnej. Film podważa idealny obraz Stanów Zjednoczonych walczących o zakończenie wojny na Pacyfiku. I ludzie są wdzięczni za to, rekomendują ten film z tych powodów.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Z drugiej strony spotkałem się z opiniami, że ten film i tak jest zbyt łagodny, ponieważ Japonia bez bomb atomowych walczyłaby do samego końca, w ogóle nie doszłoby do kapitulacji, więc było to całkowicie usprawiedliwione posunięcie. Opinie te pojawiają się, mimo że osoby je wygłaszające prawdopodobnie nigdy nie miały okazji zapoznać się z amerykańskimi dokumentami, nie mówiąc już w ogóle o japońskich, które pokazują, jak wyglądał proces decyzyjny w sprawie kapitulacji. Niezależnie od tego, jaka będzie moja prywatna opinia na temat „Oppenheimera”, myślę, że filmy nie są najlepszym środkiem prostowania kłamstw historycznych. Nie sprawdzają się też jako narzędzie kształtowania ludzkiej świadomości w temacie oceny autentyczności wydarzeń historycznych.

Wracając do mojego pytania, powiedz, jakie trzy najpowszechniejsze mity, związane ze zrzuceniem bomby na Hiroszimę i Nagasaki, rzuciły Ci się w oczy?

Najważniejszy mit powtarzany również przez naukowców, którzy zajmują się tą tematyką i zwykle posiadają wyłącznie dostęp do amerykańskich materiałów źródłowych, jest związany z tezą, że gdyby nie zrzucenie bomby atomowej, Japonia nigdy by się nie poddała, że doszłoby w efekcie do inwazji na Wyspy Japońskie, która zakończyłaby się hekatombą ludności cywilnej.

W tym świetle zrzucenie bomb atomowych na Japonię byłoby pewnego rodzaju amerykańską przysługą, która wymusiła na japońskich elitach politycznych, jak również wojskowych, bezwarunkową kapitulację.

A jak ta sytuacja wyglądała faktycznie?

Fakty są takie, że począwszy od kwietnia 1945 roku japoński gabinet, który był odpowiedzialny za kierunek polityki zagranicznej i wewnętrznej, podjął starania mające na celu wyjście z trudnej sytuacji Japonii, czyli po prostu zawarcie pokoju ze Stanami Zjednoczonymi i uniknięcie bezwarunkowej kapitulacji. Oznacza to, że Japończycy byli skłonni do tego, aby skapitulować przed Amerykanami, ale nie w sposób bezwarunkowy, jak uczyniła to Trzecia Rzesza. I o ile do końca czerwca 1945 roku były w mocy rozkazy, żeby Japonia walczyła dalej, pomimo wszystkich przeciwności, to konfrontując to z danymi gospodarczymi i danymi z frontu japońscy decydenci doszli do wniosku, że stoczenie „decydującej bitwy” o obronę wysp macierzystych zakończy się hekatombą.

W związku z tym, Japończycy wpadli na inny pomysł, którym było wykorzystanie ich ostatniej karty przetargowej, jaką stanowiły neutralne stosunki ze Związkiem Radzieckim. Japonia zamierzała wykorzystać tlący się konflikt pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim do tego, aby Związek Radziecki uczestniczył jako mediator w rozmowach pokojowych ze Stanami Zjednoczonymi. Dzięki temu Japonia poddałaby się Amerykanom, ale nie bezwarunkowo.

Jak wiemy z historii, Stany Zjednoczone i Stalin byli już wówczas dogadani w kwestii podziału wpływów w Azji Wschodniej, w związku z tym japońska strategia była skazana na porażkę, o czym Japończycy nie wiedzieli.

Amerykanie, tak naprawdę, mogli więc poczekać do momentu, kiedy Armia Czerwona zaatakowałaby Japonię w Mandżurii. Gdyby do tego doszło – jest to oczywiście moja hipoteza poparta badaniami źródłowymi – że Japończycy zostaliby postawieni przed faktem, że ich strategia polegająca na uniknięciu bezwarunkowej kapitulacji legła w gruzach, nie mieliby innego wyboru jak skapitulować bezwarunkowo przed Stanami Zjednoczonymi. Biorąc to pod uwagę, czas na zrzucenie dwóch bomb atomowych został wybrany trochę „niefortunnie”, ponieważ Amerykanie, gdyby chcieli tak naprawdę doprowadzić do kapitulacji Japonii i oszczędzić życie ludzkie, powinni te bomby zrzucić w momencie, kiedy Japonia nie skapitulowałaby po inwazji Armii Czerwonej. Miałoby to wtedy dużo większy sens, z punktu widzenia logiki i kalkulacji militarnych.

A czy miałoby sens z perspektywy psychologicznej, o której wspominali członkowie Target Committee [ich zadaniem było określenie najlepszych technik i celów, które wywołają w Japonii najskuteczniejsze zniszczenia militarne i efekty psychologiczne – przyp. red.] obecni w Los Alamos 10-11 maja 1945 roku?

Padło wtedy zdanie: „Pokonanie Japonii pokonaniem, ale efekt psychologiczny ma być taki, żeby cały świat dostrzegł potęgę Stanów Zjednoczonych. Dlatego im bardziej cel »w tym przypadku padło na Hiroszimę« zostanie zrównany z ziemią, tym lepiej dla Stanów Zjednoczonych”.

Tak, miałoby to jak najbardziej efekt psychologiczny, dlatego że pokazałoby całemu światu potęgę nowej broni, o której wszyscy rozmawiali, to nie była tajemnica. Japończycy również wiedzieli, że Amerykanie rozwijają broń jądrową, aczkolwiek nie byli świadomi, na jakim są etapie prac oraz ile faktycznie posiadają ładunków nuklearnych. Wydaje mi się, że w realiach 1945 roku każde zrzucenie bomby jądrowej na jakiekolwiek miasto, miałoby olbrzymi wpływ na całą społeczność międzynarodową, ponieważ dysponentami tej broni byli wyłącznie Amerykanie. Budowało to poczucie rażącej dysproporcji, która i tak była wyraźna w tamtym czasie, ponieważ Amerykanie byli największą, niepodważalną potęgą gospodarczą i wojskową.

A jaki jest drugi mit? I od razu też powiedz, jaka jest sytuacja faktyczna?

Drugim mitem jest to, że w rzeczywistości bomba atomowa nie wyrządziła takich strat cywilnych. Dużo większe straty były spowodowane bombardowaniami strategicznymi Tokio, które miały miejsce w marcu 1945 roku i trwały tak naprawdę do końca wojny na Pacyfiku. Japońskie dane pokazują coś zupełnie odwrotnego. Jeżeli do liczby ofiar, które bezpośrednio zginęły w wyniku ataków nuklearnych na Hiroszimę i Nagasaki, dodamy te, które w kolejnych latach umierały z powodu chorób popromiennych, to bilans ataków nuklearnych okazuje się znacznie bardziej tragiczny niż te bombardowania, które, również należy zaznaczyć, były dewastujące i straszne dla ludności cywilnej.

Trzecim mitem jest powszechna opinia, że Amerykanie, niezależnie od tego, jaką strategię by obrali, nie mogli mieć wpływu na decyzje podejmowane w Tokio, ponieważ Japończycy byli „twardogłowymi” politykami wojskowymi z jedyną słuszną wizją rzeczywistości. To nieprawda, gdy weźmiemy pod uwagę, że pomimo istnienia stanu wojny pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Japonią, toczyły się między tymi państwami rozmowy dyplomatyczne. Czy to bezpośrednie za pomocą środków masowego przekazu, poprzez komunikaty prasowe i ogłoszenia radiowe, czy też za pośrednictwem poselstw dyplomatycznych w różnych krajach trzecich typu Szwecja, Szwajcaria, Związek Radziecki.

Trzeba więc stwierdzić, że Amerykanie i Japończycy byli w stanie ze sobą rozmawiać. Może nie bezpośrednio, ale przez pośredników, byli w stanie podjąć decyzje, które nie tylko uratowałyby tysiące istnień, ale też doprowadziłyby do szybszego zakończenia wojny.

Oczywiście, w pewnym stopniu winą obarczam za to Japończyków, którzy nie byli w stanie odpowiednio szybko przyjąć bezwarunkowej kapitulacji, nie rozumiejąc realiów politycznych. Należy podkreślić, że uporczywie dążyli do walki, aczkolwiek niekoniecznie z przekonaniem, że będzie to walka do „gorzkiego” końca.

Jednak należy też krytykować Amerykanów za to, że postawili Japończykom twarde ultimatum, z którego summa summarum później się nie wywiązali, ponieważ kiedy patrzymy na historię Japonii w kolejnych okresach, to jednak widzimy, że mimo wszystko ten najważniejszy warunek japoński, dotyczący zachowania instytucji cesarza, został przez Amerykanów spełniony. Można było zapytać, dlaczego w sumie walczono do samego końca, aby ten warunek przepchnąć.

Pomnik Pokoju, Hiroszima, fot. Genbaku Dome / CC
Pomnik Pokoju albo Kopuła Bomby Atomowej – ruiny centrum wystawowego w Hiroszimie zachowane jako pomnik upamiętniający zrzucenie bomb atomowych na Hiroszimę i Nagasaki, fot. Genbaku Dome / Wikimedia CC

A dlaczego, Twoim zdaniem, te mity są nadal powielane? Dlaczego tak mocno rozpowszechnione są w Europie, w Polsce i dlaczego nie rozliczyliśmy się, jako cywilizacja zachodnia, z tej zbrodni?

Wydaje mi się, że problemem, niestety, jest polityka. Zaraz po zrzuceniu bomb Amerykanie byli bardzo niechętni, aby badać rzeczywiste skutki ich wykorzystania w Hiroszimie i Nagasaki. Wydaje się, że nikomu nie zależało, aby pokazać rzeczywistą skalę zniszczenia. Czy też, żeby pokazać faktyczny proces decyzyjny, który wówczas toczył się w Japonii, w kwestii zakończenia wojny. Nie ułatwiał tej sytuacji fakt, że Japonia była okupowana przez siedem lat, co oczywiście samo w sobie jest całkowicie normalne w sytuacji, gdy Japonia tę wojnę przegrała.

Japończycy dopiero w późniejszych latach, stopniowo, zaczęli wracać do badań nad swoją historią. Mówi się, i ja się z tą teorią zgadzam całkowicie, że istniała pewnego rodzaju powojenna trauma w Japonii.

Nie chciano rozmawiać o wojnie, były to tematy „toksyczne”, powodujące bardzo wiele negatywnych konsekwencji społecznych, publicznych. Relacje ze Stanami Zjednoczonymi się polepszały, bo Japonia stała się największym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych, więc też samym Japończykom niewygodnie było mówić o prawdzie. Tak naprawdę dopiero na przełomie lat 70. i 80. XX wieku zaczęto kolekcjonować materiały i wydawać publikacje, które pokazywały faktyczny obraz sytuacji. A ponieważ amerykańscy naukowcy nie posługują się powszechnie językiem japońskim, bazowali oni po prostu na amerykańskich dokumentach źródłowych, bądź też amerykańskich relacjach, co czyni te badania bardzo jednostronnymi. A jednostronnie, jak wiadomo, nie jesteśmy w stanie przekazać rzetelnych danych historycznych.

Podam przykład. Absolutnie nie zamierzam usprawiedliwiać żadnych zbrodni wojennych, ale gdyby opisywać Powstanie Warszawskie tylko i wyłącznie od strony polskiej, bez badania niemieckich dokumentów, nie jesteśmy w stanie ustalić jego faktycznego przebiegu. Tego jak wyglądała hekatomba ludności w Warszawie i jakie straty poniosła Polska w czasie powstania. Niestety, nie da się tego tematu opracować wyłącznie na podstawie polskich dokumentów. Analogicznie, nie da się opracować tematu zrzucenia bomb atomowych na Japonię, badając tylko amerykańskie źródła.

Budżet filmu to niemal 180 milionów dolarów. Jak myślisz, dlaczego premierę kinową mamy właśnie teraz? [21 lipca 2023 – przyp. red.]. Za czasów Eisenhowera kompleks przemysłowo-wojskowy dokładał się do tego typu produkcji. Czy myślisz, że w tym wypadku mamy podobną sytuację?

Pozwolę sobie poruszyć ten temat na dwóch płaszczyznach. Pierwsza to sprawy marketingowe. Tutaj nie zamierzam dobudowywać żadnej większej teorii. Jako autor, rozmawiając wielokrotnie ze swoim wydawcą czy to brytyjskim, czy polskim, zawsze mam z tyłu głowy, że w tej branży kluczowe jest przyciągnięcie jak największej liczby konsumentów. Na przykład, rocznica jest zwykle bardzo dobrym momentem, aby wypuścić nowy film lub by zachęcić ludzi do przeczytania książki, wysłuchania audycji itp. To jest pierwsza płaszczyzna.

Po drugie, nie ma co ukrywać, że każdy rząd, czy to demokratyczny, czy to autorytarny, zawsze będzie wspierał swoją wizję historii i polityki historycznej. Robią tak Amerykanie, robią tak Japończycy i robimy tak również my, Polacy.

Pod tym względem Amerykanie nie są wyjątkowi. Olbrzymie środki są przeznaczane na promowanie amerykańskiej wersji historii, na promowanie badań nad amerykańskimi dokumentami. I choć Amerykanie zmagają się z wieloma problemami wewnętrznymi, takimi jak kwestie rasizmu, nierówności społeczne to jednak w kategoriach polityki zagranicznej zawsze przedstawiają spójną i jednolitą wersję historii.

Poza tym, tak samo jak Japończycy unikają mówienia o trudnych tematach, chociaż gdy się popatrzy od wewnątrz, to toczy się dosyć rozbudowana debata w Japonii na temat japońskich zbrodni wojennych i okupowania przez Japonię innych państw w czasie istnienia Cesarstwa Japońskiego. Na marginesie, ja nie przepadam za polityką historyczną i staram się patrzeć na te problemy stricte naukowo, odcinać się od promowania jakiejkolwiek wizji historii. Zależy mi, aby móc zachować możliwość krytyki każdej ze stron w równym stopniu.

Obalając ten założycielski mit amerykańskiego imperializmu po 1945 roku, narażasz się na swego rodzaju krytykę, otrzymanie niezbyt przychylnej etykiety. Tym bardziej w Polsce, gdzie Stany Zjednoczone są otoczone „nimbem świętości”. Co Cię motywuje? Dlaczego to robisz, gdy zamiast tego mógłbyś stać w chórze i śpiewać z innymi?

Wydaje mi się, że moja osobowość i wychowanie na to nie pozwalają. Rozumiem przez to, że powinienem zawsze kontestować informacje, które otrzymuję. Powinienem zawsze sprawdzać ich źródło, czy jest jakieś drugie dno. To trudna sytuacja, ponieważ z jednej strony wypowiadając się o historii Japonii nie mogę unikać mówienia wprost o japońskich zbrodniach wojennych.

Z drugiej strony, muszę poruszać kwestie dotyczące zbrodni na japońskiej ludności cywilnej. Niestety, wbrew temu, o czym świadczy historia, nie wierzę w skuteczność prawa talionu, zwanego inaczej prawem odwetu, czyli „oko za oko i ząb za ząb”. Tak samo sprzeciwiam się stosowaniu odpowiedzialności zbiorowej i posługiwaniu się zasadami symetrycznego odwetu w relacjach międzynarodowych. Czyli, mówiąc wprost, nie uznaję reguły, że jeżeli ktoś komuś wyrządził krzywdę, to może to usprawiedliwiać się własnymi krzywdami.

Wydaje mi się, że w historii, a często o tym zapominamy, jedną zbrodnię usprawiedliwiamy drugą. Dlatego też w Stanach Zjednoczonych istnieje grupa badaczy, którzy za wszelką cenę starają się usprawiedliwiać wszystkie złe decyzje podejmowane przez ich rząd wartościami demokratycznymi i liberalnymi. A jest to przecież działanie zaprzeczające tym wartościom, ponieważ demokracja i liberalizm nie boją się prawdy, nie powinny też bać się przyznania do błędu i wyciągnięcia z tego błędu wniosków.

Podsumowując, zdaję sobie sprawę z tego, że moje badania mogą być prowokacyjne, ale szczęśliwie jest jeszcze na nie miejsce w tym świecie. Może nie będą one tak popularne, nie będą tak rozchwytywane jak niektóre tezy, ale wydaje mi się, że ludzie zasługują na to, aby wiedzieć, jakie są stanowiska obu stron, jakie są fakty. Moi Czytelnicy, czy też słuchacze, mogą sami wyciągać wnioski z tego, co im przedstawiam. Ufam, że istnieje na świecie zawsze pewna grupa ludzi niepodatna na różnego rodzaju manipulacje, która, zetknąwszy się z faktami, będzie miała możliwość i chęć sama je oceniać. By dowiedzieć się, jak wyglądała w rzeczywistości historia. I taki jest mój cel. Jeżeli sam w trakcie odkryję, że nie mam racji albo że się myliłem we wcześniejszych książkach, wolę się do tego przyznać otwarcie, aniżeli tkwić w błędzie i powielać narracje historyczne, które w pewnym stopniu zostały odziedziczone po poprzednich badaniach, poprzedniej generacji historyków.

Moje kolejne pytanie jest związane z cytatem, promującym książkę „Edycja genów. Władza nad ewolucją”. A brzmi on tak: „Od czasów bomby atomowej nie było technologii, która zaalarmowałaby naukowców do tego stopnia, że zdecydowali się ostrzec świat przed jej wykorzystaniem. Nie było aż do wiosny 2015 roku, kiedy biolożka Jennifer Doudna wezwała do ogłoszenia światowego moratorium na stosowanie CRISPR, nowego narzędzia do edycji genów – rewolucyjnej technologii, którą sama pomagała stworzyć, umożliwiającej wprowadzanie dziedzicznych zmian w ludzkich zarodkach…”.

Gdy czytam materiały dotyczące nowego GMO, tak zwanego CRISPR czy NGT albo gdy ostatnio słyszymy coraz głośniejszą debatę na temat sztucznej inteligencji, to cały czas moje myśli biegną do czasów, gdy pracowano nad bombą atomową. Byłem zszokowany tym fragmentem filmu, w którym naukowcy pracujący nad bombą, kiedy usłyszeli o jej zrzuceniu, o stratach, jakie spowodowała, byli uradowani, że Projekt Manhattan się powiódł. Jak postrzegasz problem etyki wobec prac prowadzonych nad stworzeniem bomby atomowej?

Temat dotyczący etyki jest często pomijany w źródłach historycznych i publikacjach historycznych, również tych, które powstając później, miały szanse nieco głębiej zastanowić się nad tym zagadnieniem. Wzięło się to stąd, że opracowanie bomby atomowej przypadło na lata wojny. A jak możemy się domyślać, nie są to najbardziej szczęśliwe i najlepsze momenty do tego, aby w sposób swobodny, demokratyczny i wolny zastanawiać się nad etyką. Celem podstawowym w takiej sytuacji staje się pokonanie przeciwnika, więc etyka odchodzi na dalszy plan.

Naukowcy, którzy opracowywali bombę atomową, zdawali sobie sprawę z tego, jaką będzie miała siłę niszczenia, jakie przyniesie żniwo, ale przyświecał im jeden cel, którym było pokonanie Japonii. Należy powiedzieć wprost, że Amerykanie niedostatecznie dobrze przedyskutowali kwestie etyczne, zdając sobie sprawę z tego, jakie zniszczenie może wywołać bomba atomowa.

Przyświecały im głównie cele polityczne, wojskowe, które przysłoniły aspekt humanitarny. Nie stając w obronie Amerykanów, ale poniekąd podważając ich decyzję o zrzuceniu bomby atomowej, można powiedzieć tak – gdy zajrzymy do pamiętników prezydenta Trumana, to znajdziemy tam jego osobiste wyznanie, w którym stwierdza przed samym sobą, że nie wydałby decyzji o zrzuceniu bomby atomowej na i tak spalone Tokio, ponieważ naruszenie zasad humanitaryzmu i skutki z tym związane byłyby tak kolosalne, że społeczeństwo amerykańskie, które jest dumne ze swoich wartości wolnościowych i demokratycznych, nigdy nie podniosłoby się moralnie. Gdyby obywatele zobaczyli, jakie szkody wyrządzili innemu krajowi.

Zatem w pewnym momencie Amerykanie zorientowali się, że muszą też respektować etyczne aspekty użycia tej broni. Stało się to zdecydowanie za późno.

A po wojnie, jak już wcześniej wspomniałem, zwyciężyła polityka historyczna i chęć pokazania światu, że Stany Zjednoczone samodzielnie doprowadziły do końca tej wojny.

A jakie książki w języku polskim, które obalają mity na temat zakończenia II wojny światowej, możesz polecić naszym Czytelnikom?

Niestety, temat nie jest zbyt dobrze opracowany po polsku. Sam pracuję nad książką, która, mam nadzieję, ukaże się w następnych latach. Niemniej jest jedna pozycja, która przykuła moją uwagę i chciałbym polecić ją wszystkim Czytelnikom. Jest to praca magisterska pani Patrycji Niedbalskiej-Asano, dotycząca gabinetu Suzuki Kantarō, czyli ostatniego premiera wojny na Pacyfiku. Bardzo polecam tę pracę, jest oparta, może nie głęboko, ale jednak, o japońskie opracowania i zbiory dokumentów źródłowych. Z większością informacji w niej zawartych się zgadzam. Niestety praca przeszła bez echa w Polsce. Promowane są jednak prace, które prezentują amerykański punkt widzenia.

Jest to warte zaznaczenia, że od dobrych kilku lat istnieje w Polsce praca japońskocentryczna, która w pewien sposób wyjaśnia japoński punkt widzenia, a mimo to nikt w Polsce się tym tak naprawdę nie zainteresował. Choć, co pocieszające, widzę, że jest duże zainteresowanie sprawami japońskimi ogólnie i Polacy chcą znać japoński punkt widzenia w kwestii wojny, to, jakie decyzje podejmował japoński gabinet. Polecam tę książkę serdecznie wszystkim: „Suzuki Kantarō (1867–1948) a zakończenie wojny w Azji i na Pacyfiku”.

My również zachęcamy do sięgnięcia po tę pozycję.

Ostatnia sprawa: jakiego pytania w temacie, o którym rozmawiamy, nikt Ci nigdy nie zadał, a powinno ono paść? I od razu poproszę Cię o odpowiedź.

Nikt nie zadał mi pytania, jaki jest mój punkt widzenia w temacie wojny na Pacyfiku. Bardzo często przypisuje mi się albo japoński punkt widzenia, albo krytykuje się mnie za to, że nie jestem otwarty na różne „luźne” interpretacje historyczne, ale że twardo obstaję przy analizie dokumentów źródłowych. Otrzymuję sugestie, że powinienem być bardziej otwarty na te inne koncepcje, które zrodziły się wskutek różnych przemyśleń konkretnych osób.

Jeśli więc miałbym odpowiedzieć, jaki jest mój punkt widzenia na wojnę na Pacyfiku, powiedziałbym, że był to poważny błąd Japonii, który popełniła wskutek złej kalkulacji. Choć, trzeba zaznaczyć, że Japończycy widzieli, że tę wojnę przegrają. Błąd w kalkulacji polegał na tym, że Japończycy bardzo błędnie odczytali nastroje w amerykańskim społeczeństwie i sytuację międzynarodową. Wydawało im się, że sukcesy niemieckie w Europie i początek operacji Barbarossa w Związku Radzieckim przyniesie ostateczne rozstrzygnięcie na korzyść Niemiec. W związku z tym uznali, że jest to ostatnia szansa Japonii na to, aby zmienić sytuację polityczną w Azji Wschodniej.

Jak dziś wiemy, były to tylko i wyłącznie japońskie płonne oczekiwania. Należy sobie powiedzieć wprost, że Japończycy są odpowiedzialni za wybuch wojny na Pacyfiku, aczkolwiek zostali częściowo postawieni pod ścianą, musieli przyspieszyć przygotowania wojenne wskutek embarga na dostawy ropy naftowej. Nie tylko amerykańskiego, ale również brytyjskiego i holenderskiego. Niemniej, podkreślam, to Japończycy są odpowiedzialni za tę wojnę. Co nie zmienia faktu, że alianci nie powinni byli popełniać zbrodni wojennych na japońskiej ludności, jeżeli Zachód chciał reprezentować wartości demokratyczne liberalne, kierować się literą prawa międzynarodowego. To jest moje zdanie.

W tym miejscu postawmy kropkę. Michale, bardzo dziękuję za rozmowę.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 214 / (6) 2024

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura # Świat Forum Geopolityczne

Przejdź na podstronę inicjatywy:

Co robimy / Forum Geopolityczne

Być może zainteresują Cię również:

Dom to praca

Rozmowa / Krystyna Kofta

Gdybym została premierem powiedziałabym kobietom, że wprowadzam obowiązkowy Domowy Staż Poselski. Posłowie wciąż podkreślający wartość rodziny, nie mają pojęcia na czym polega prowadzenie domu.