Felieton

Pyffel komentuje: Rywalizacja USA-Chiny w organizacjach międzynarodowych i sprawa WHO

Radosław Pyffel
Nie ma to jak selfie fot. Radosław Pyffel

Radosław Pyffel

Nr 19 (2020)

Miasto Łódź zajmuje szczególne miejsce w relacjach Polska-Chiny, a ponieważ śledzę je od wielu już lat, to także z tego powodu (choć nie tylko) jest dla mnie osobiście miejscem i miastem wyjątkowym. Dlatego, gdy otrzymałem od Rafała Górskiego propozycję publikowania na stronie Regionalnego Ośrodka Debaty Międzynarodowej w Łodzi (RODM Łódź) i portalu Instytutu Spraw Obywatelskich, przyjąłem ją z entuzjazmem.

Spotkania z Państwem, które mam nadzieję, przybiorą formułę regularnych publikacji, chcę rozpocząć od nietypowego felietonu. Będą to cztery krótkie pytania, dotyczące Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) i szerzej organizacji międzynarodowych w dobie globalnej pandemii i rywalizacji USA-Chiny. Rywalizacji, której koronawirus bynajmniej nie załagodził, a raczej zaostrzył, w tym także na forach międzynarodowych (nie tylko WHO).

Na pytania te nie udzielę jednak wyczerpujących odpowiedzi i nawet nie mam takich ambicji. Raz, że odpowiedzi nie są łatwe i wymagają często rzetelnych i szczegółowych studiów, a dwa, że bardziej zależy mi na zwróceniu uwagi na kwestie, które uważam za kluczowe, niż ich rozstrzygnięciu w tym krótkim tekście. Innymi słowy, to felieton, w którym pytania są znacznie ważniejsze od zdawkowych odpowiedzi czy subiektywnych ocen autora.

Czy WHO zdało egzamin?

To dylemat z kategorii „szklanka do połowy pusta lub pełna”. Z pewnością WHO wykonało, zwłaszcza na początku pandemii, szereg dziwnych posunięć. Na przykład 3 lutego nie odradzało podróży zagranicznych do Chin (pamiętam, gdyż sam planowałem wyjazd, który zresztą do dziś nie doszedł do skutku). Jednak stwierdzenie, iż nie przestrzegało przed globalną pandemią, byłoby chyba zbyt daleko idące. Wiele krajów dopiero niedawno zaczęło brać przestrogi WHO na poważnie i to chyba nie brak tych komunikatów, ale zbyt późne się do nich zastosowanie było problemem. Z jednej strony możemy więc stwierdzić, że nie zapobiegło globalnej epidemii, z drugiej zaś strony byłoby zapewne dużo gorzej, gdyby WHO w ogóle nie istniało.

W sytuacji zaostrzającego się konfliktu USA-Chiny, przyjęcie danej tezy będzie zapewne silnie skorelowane z interesem danej strony konfliktu i z tym, po której stronie opowiada się ten, który tę ocenę formułuje (a więc Amerykanie będą mówić, że WHO nie spełniło oczekiwań i jest zbędne, a Chińczycy, iż było bardzo pomocne).

Czy Chiny osiągnęły przewagę w organizacjach międzynarodowych i, jeśli tak, to kiedy to się stało?

Przewodniczący WHO, Etiopczyk Tedros Ghebreyesus to dziś, za sprawą częstych briefingów, jedna z najbardziej znanych postaci na świecie. Nie jest tajemnicą, że również Chiny udzieliły mu poparcia, gdy ubiegał się o to stanowisko i to może tłumaczyć, dlaczego WHO przyjęło neutralną (lub wręcz życzliwą) postawę wobec Chin (paradoks całej sytuacji polega na tym, iż Ghebreyesus to absolwent brytyjskich uczelni o poglądach lewicowo-liberalnych w rozumieniu zachodnim).

To tylko jeden z wielu przykładów zwiększania wpływów Chin na świecie, w tym przede wszystkim w krajach pozaeuropejskich (choć w Europie także). To może spowodować trwałą przewagę w organizacjach międzynarodowych i, jeśli tak się stanie, znacznie ułatwiłoby nam to odpowiedź na pytanie numer trzy.

Czy Chiny potrzebują tworzenia własnych organizacji i instytucji międzynarodowych, czy mogą swoją agendę realizować poprzez już istniejące?

Przykładem takich instytucji multilateralnych są chociażby Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych (gdzie miałem okazję w latach 2016-2018 zasiadać jako reprezentant RP w Radzie Dyrektorów), czy New Development Bank, powołany przez kraje BRICS (grupa, którą tworzą: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, Republika Południowej Afryki – przyp. red.). Obie instytucje powstały jako reakcja na niemożność przeprowadzenia reformy (w praktyce zwiększenia udziałów Chin) w Banku Światowym. Wygląda więc na to, że tam, gdzie systemy liczenia wpływów są bardziej skomplikowane, tam Chiny będą próbowały ten system obchodzić, tworząc własne formaty współpracy multilateralnej. Z kolei tam, gdzie większe znaczenie będzie miał ogólny konsensu wszystkich państw, mogą dążyć do rozszerzania swoich wpływów, zdobywając poparcie w poszczególnych krajach kosztem Ameryki, która pod przywództwem Donalda Trumpa może się z tych instytucji coraz bardziej wycofywać. I tutaj dochodzimy do czwartego, ostatniego pytania.

Czy Donald Trump postępuje słusznie, dążąc do wstrzymania wpłaty składki członkowskiej i wycofania USA z WHO?

Wszystko zapewne zależy od tego, jakie ruchy nastąpią po tej emocjonalnej i spontanicznej, na pierwszy rzut oka, decyzji. Wydaje się być ona tyleż uzasadniona [1], co bardzo ryzykowna. Prawdopodobny bowiem staje się wariant, w którym USA wycofując się z organizacji międzynarodowych, po prostu oddadzą pole Chinom (i innym np. Francji czy Niemcom). To mogłoby doprowadzić do izolacji USA (a czy przypadkiem nie o to właśnie chodzi Chinom?) i zepchnięcia z powrotem do roli mocarstwa regionalnego z czasów XIX wieku i doktryny Monroe.

Oczywiście zdobycie przewagi przez Chiny i realizacja ich agendy na forum i poprzez organizacje międzynarodowe może skutkować (nie)oczekiwaną zmianą miejsc. Teraz to USA mogą zacząć rozważać tworzenie własnych organizacji i instytucji międzynarodowych, do których przyjmowane będą tylko kraje spełniające rygorystyczne kryteria oparte o wartości amerykańskie (vide demokracja, prawa człowieka, sprzeciw wobec rosnącej roli Chin w świecie etc.).

Tyle tylko, że WHO wydawało się być organizacją zdominowaną przez głównego sponsora oraz jego sojuszników i fundacje obywateli amerykańskich. Co więc poszło (z amerykańskiego punktu widzenia) nie tak i dlaczego organizacja zachowała się inaczej, niż można było oczekiwać? Czy tylko usunięcie Chin z nowych organizacji, dawałoby gwarancje, iż będą one działać zgodnie ze strategicznym interesem Ameryki i jej wartościami?

Kto poza Polską, która na pewno bardzo by chciała (choć przeszkodą mogą być tutaj napięte relacje rządu RP z należącym do Amerykanów TVN), a także zapewne Australią i raczej pozbawioną alternatywy Japonią, dołączyłby do takiego klubu? Czy członkostwo w nim wykluczałoby udział w dotychczasowych organizacjach międzynarodowych (w których tym bardziej przewagę mogą zdobywać Chiny)?

Taki polityczny decoupling rodziłby kolejne pytania. Jak zachowa się Europa, a szczególnie Francja i Niemcy, które wielokrotnie okazywały sceptycyzm wobec posunięć USA i kwestionowały więzi transatlantyckie np. w kwestii 5G? Czy Donald Trump (ewentualnie Joe Biden) są przywódcami, którzy byliby w stanie dokonać efektywnego rozłamu? Aby do niego doprowadzić, potrzebna byłaby nie tylko wizja, jak to zrobić, ale i oferta dla zaproszonych krajów. Czy USA są w stanie ponosić koszt takiej oferty? Filozofia Donalda Trumpa to raczej „schodzenie z kosztów” i wycofywanie się z zaangażowania międzynarodowego. Trudno uwierzyć, że może to prowadzić do tworzenia nowych formatów współpracy międzynarodowej i balansowania ofensywy Chin na tym polu. Chyba że ten koszt zgodzą się ponieść amerykańscy sojusznicy? Ale tu znów wracamy do punktu wyjścia, czyli postawy krajów EU, a ta w kontekście odpowiedzi na tak zadane pytanie, raczej nie napawa przesadnym optymizmem…

Wycofanie się czy krytyka to posunięcia łatwe i, co nie bez znaczenia w demokracji, bardzo efektowne, działające na wyobraźnię i budzące entuzjazm hydraulika Joe i zdecydowanej większości wyborców, niebawiących się w niuanse międzynarodowych rozgrywek. To tylko pokazuje, jak trudną sztuką jest jednoczesne zwiększenie poparcia w kraju i sformułowanie skutecznej i efektywnej strategii w polityce międzynarodowej, gdzie takie efektowne gesty, obliczone na sukcesy w polityce wewnętrznej, mogą nie mieć dużego znaczenia. Decydujące więc byłoby nie tyle to, co USA zaproponowałyby po wycofaniu się z formatów multilateralnych (jeśli rzeczywiście do tego by doszło) swoim wyborcom, ale innym krajom. Dziś wiemy o tym zbyt mało, aby nawet zacząć bawić się w spekulacje.

Koronawirus i ostatnie zamieszanie wokół WHO stawiają nas przed tymi niełatwymi pytaniami. Od odpowiedzi na nie zależy kształt świata, jaki wyłoni się po pandemii i w jakim przyjdzie nam żyć w XXI wieku.


[1] USA są największym sponsorem WHO i pokrywają blisko 16 % kosztów funkcjonowania organizacji, które wynoszą około 400 milionów rocznie. 44 % to trzy grupy darczyńców, z których wszyscy mają silne związki z USA. Pierwsza grupa to amerykańscy sojusznicy tacy jak UK, Niemcy, Japonia, Komisja Europejska, druga to fundacje obywateli amerykańskich, jak np. fundacja Billa i Melindy Gates, Rotary International, a trzecia to organizacje utożsamiane z systemem Breton Woods: Bank Światowy, czy ONZ. Pozostałe kraje pokrywają jedynie 40 %.

Tekst pochodzi ze strony Regionalnego Ośrodka Debaty Międzynarodowej w Łodzi, prowadzonego przez Instytut Spraw Obywatelskich.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 19 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Świat Regionalny Ośrodek Debaty Międzynarodowej

Być może zainteresują Cię również:

Piotr Wójcik

# Polityka

Felieton / Deregulacyjny populizm

Piotr Wójcik

Legislacyjna zasada „jeden-za-jeden” to klasyczny przykład liberalnego populizmu. Na pierwszy rzut oka wydaje się zdroworozsądkowa i nowoczesna, ale przyniosłaby społeczeństwu więcej szkód niż…

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.