fbpx
Jesteś społecznikiem? Wykorzystaj prawo. Bezpłatne szkolenie

Felieton

Czy „wolne media” to ułuda? – o Stanisławie Remuszce i prasie słów kilka

Gazeta Wyborcza
Fot. PR agencja.zajac z Flickr, Some Rights Reserved

Kilka miesięcy temu zmarł Stanisław Remuszko – publicysta i dziennikarz zapomniany przez prawicę i lewicę, mimo że zarówno jedni, jak i drudzy powinni mieć wiele powodów, by o nim pamiętać. Był bowiem jednym z pierwszych, którzy po 1989 roku tak celnie zwracali uwagę na negatywne skutki monopolizacji na rynku prasy, a także patologii i groźnych zjawisk toczących środowisko mediów. Nie tylko monopolizacji własnościowej, ale przede wszystkim ideologicznej. Jego pisarska i publicystyczna twórczość właśnie teraz powinny zabrzmieć jeszcze głośniej i dosadniej, szczególnie że krytykowane przez niego media nadal uwielbiają stroić się w piórka strażników demokracji oraz pluralizmu.

Bo właśnie sednem krytyki zawartej w książce „Gazeta Wyborcza – początki i okolice” nie była taka, a nie inna polityczna linia redakcji, tylko obsesyjna chęć ze strony tychże do posiadania monopolu na prawdę i wykluczania na margines publiczny wszystkich tych, którzy nie wpisywali się we wzorzec prawdziwego Europejczyka, demokraty czy opozycjonisty. Remuszko, choć w początkowym okresie powstawania „Gazety Wyborczej” tam pracował, to przestał się odnajdywać w atmosferze wymuszonej jednolitości. Zaletą tej niełatwej dla niego sytuacji jest przynajmniej to, że widząc wszystko od środka, miał najlepszy wgląd w to, co tam się dzieje. Zauważał więc, że o pewnych tematach i ludziach można było pisać tylko w określonym tonie, a redaktorzy nawet nie musieli czuć bezpośredniego pręgierza przełożonych, bo sami domyślali się, co mają pisać.

Hegemon rządzi i feruje wyroki

W jaki sposób według Remuszki wyglądała totalna hegemonia gazety, którą kierował Adam Michnik? – to odmawianie głosu osobom o innych przekonaniach na konkretne sprawy niż redaktorzy „Gazety Wyborczej”. Remuszko wskazuje tu na takie kwestie jak stosunek do lustracji czy dekomunizacji, ale ja pragnę zwrócić uwagę jeszcze na utrzymywany rękami środowiska z Czerskiej monopol na jedynie słuszne poglądy ekonomiczne – oczywiście w duchu neoliberalnym, skrajnie wolnorynkowym.

Neoliberalizm świetnie się wtedy zgrywał z narracją o konieczności wyprzedaży majątku narodowego i uwłaszczania się na nim grup interesu, pozbywania się „nierentownych” przedsiębiorstw, a także potrzeby zaciskania pasa – oczywiście obowiązującej „tylko” większość społeczeństwa, a nie elity. Była to narracja wygodna właśnie dla elit. Z kolei deklarowany liberalizm światopoglądowy służył ciągłemu dyscyplinowaniu społeczeństwa jako niedostatecznie europejskiego, zacofanego i niespełniającego standardów „zachodnich”. To już jest moja opinia – człowieka, który w sferze kulturowej i światopoglądowej bardziej ceni wolność, niż tradycję.

Dlaczego tak się stało?

Według Remuszki „Wyborcza” powstała w ramach porozumień okrągłostołowych, po to, by reprezentować głos tylko jednej frakcji „Solidarności”, tej ugodowej, która na mocy sojuszu z komunistami wykluczała każdego, kto kwestionował to porozumienie i jedynie słuszny neoliberalny kierunek transformacji, nazywając go „oszołomem”. Grupa związana z Michnikiem, Geremkiem i Mazowieckim, a po drugiej stronie z Kiszczakiem i Jaruzelskim, potrzebowała ideologicznego glejtu na swoje poczynania, który dawałoby medium kreujące się na głos antykomunistycznej opozycji.

Ta hegemonia ideologiczna trwała przez długie lata, a monopol został częściowo rozbity dopiero kilka lat temu przy okazji wzrastającego w Polsce ideologicznego przechyłu ku poglądom prawicowym i prosocjalnym, jak również wynikającego z niego dojścia do władzy PiS w 2015 roku. Ale nawet teraz, gdy znaczenie hegemona zmalało i znajduje się on daleko od przyznawanych przez rząd fruktów w postaci reklam spółek Skarbu Państwa, jego wpływ na opinię publiczną, szczególnie w kręgach sympatyzujących z liberalną opozycją, jest naprawdę wielki.

Polityka nie za swoje pieniądze

wywiadzie dla „Obywatela” z 25 maja 2001 r. Remuszko stwierdził, że był to proces o tyle perfidny i nieuczciwy, że na przełomie lat 80. i 90. „Gazeta Wyborcza” otrzymała od społeczeństwa niesamowity kapitał społeczny jako gazeta wywodząca się wprost z trzonu opozycji antykomunistycznej, która miała tworzyć podwaliny wolnej i pluralistycznej prasy.

Dziennikarz przekonywał również, że nie był to tylko i wyłącznie kapitał społeczny, ale także majątkowy, gdyż gazeta dostała kolportaż, druk, transport, papier i lokal. W tych czasach nie było możliwe, by ktokolwiek dysponował takim kapitałem, który pozwalałby mu na założenie wysokonakładowej gazety. A przecież, jak twierdzi Remuszko, redakcja nie otrzymała prywatnych pieniędzy polityków, tylko były to środki należące do całego społeczeństwa. Jednym słowem doszło do sytuacji bezprecedensowej, która polegała na tym, że grupa ludzi otrzymała całkowicie za darmo kapitał finansowy i niesamowite wręcz możliwości wpływania na rzeczywistość społeczno-polityczną, tym bardziej że przez rok od powstania spółki „Wyborcza” nie miała konkurencji, bo na rynku istniała tylko prorządowa „Rzeczpospolita” i „Życie Warszawy”. Kapitał u zarania polskiego kapitalizmu po 1989 roku, łatka naczelnego głosu opozycji – czy którykolwiek inny tytuł prasowy w Polsce dostał na starcie takie prezenty ustawiające go w roli hegemona? Takie uprzywilejowanie byłoby do pewnego stopnia akceptowalne, gdyby gazeta reprezentowała jakiś szerszy przekrój poglądów obecnych w społeczeństwie. Tak nie mogło być, skoro nie reprezentowała nawet różnych nurtów w łonie opozycji antykomunistycznej.

Zresztą Remuszko postawił jeszcze mocniejszą tezę, pisząc o uwłaszczeniu się grupy redaktorów na tym majątku. Potwierdza to były lewicowy polityk Ryszard Bugaj w artykule „Jak uwłaszczali się ludzie Wyborczej”, który wspomina także o zwalczaniu inaczej myślących.

Bugaj z całym przekonaniem mówi, że „otóż, nie tylko w Polsce, ale i w świecie, nie ma chyba drugiego zespołu dziennikarskiego, który uzyskałby poziom zamożności tak bardzo odbiegający od przeciętnych standardów”.

Właśnie w tym szybkim wzbogaceniu się Bugaj upatruje źródeł neoliberalnych przekonań redaktorów „Wyborczej”, wszak to byt określa świadomość. Ciężko więc mówić w tym przypadku o teorii spiskowej wygłaszanej przez jednego „prawicowego szaleńca”, choć pewnie wielu by chciało tak to przedstawiać. W obliczu tych faktów ferowanie wyroków dotyczących tego, kto jest oszołomem, a kto zasługuje na miano zdroworozsądkowego, wydaje się jeszcze bardziej kontrowersyjne.

Remuszko znów przemilczany

Uważam, że wszyscy ci, którzy potrafią bez uprzedzeń analizować to, co obecnie dzieje się wokół mediów, powinni wracać do tej lektury oraz innych publikacji, w których głos zabierał Stanisław Remuszko. Śmierć publicysty była okazją do ich przypomnienia. Szkoda, że media związane z różnymi opcjami politycznymi nie dały czytelnikom takiej możliwości. Wystarczy powiedzieć, że o odejściu Remuszki zdawkowo poinformowało jedynie kilka portali, a jedynym prawdziwym hołdem dla niego był tekst redaktora Bogusława Chraboty w „Rzeczpospolitej”, który był przyjacielem zmarłego dziennikarza.

Powtórka z historii? Gdy w 1999 roku jego książka ujrzała światło dzienne, została solidarnie przemilczana przez inne media, co znaczy, że problem nie dotyczył tylko redakcji z siedzibą na ulicy Czerskiej. Zignorowały ją wszystkie media głównego nurtu, które promowały taki sam model „prowadzenia debaty” jak „Gazeta Wyborcza” – narzucający szantażem swoje poglądy, całkowicie niepluralistyczny, siejący prymitywną propagandę i hodujący odbiorców podatnych na manipulacje, którzy boją się konfrontacji z odmiennymi opiniami. Co ciekawe, nie tylko te liberalne, bowiem również wiele mediów prawicowych i lubujących się w krytyce „michnikowszczyzny” nawet nie napomknęło o książce. Wystarczy powiedzieć, że efektem konferencji, w trakcie której mówiono o premierowej książce, była krótka wzmianka w PAP, a także recenzje w „Naszym Dzienniku”, „Gazecie Polskiej” i… lewicowej „Trybunie”. To w zasadzie tyle. Na szczęście sami czytelnicy bardziej docenili książkę, która rozeszła się w sporym nakładzie.

A publicystykę Remuszki warto wspominać również dlatego, że w latach 90. rozpoczynał dyskusję na tematy, które dopiero teraz są modne, a w okresie raczkującej polskiej demokracji mało kto się nad nimi zastanawiał.

Tak było choćby z opisywanymi przez niego zgubnymi skutkami monopolizacji i koncentracji mediów w rękach kilku bogatych koncernów. Remuszko w wywiadzie dla „Obywatela” domagał się wręcz uchwalenia przez Sejm ustaw antytrustowych, które zabraniałyby posiadania na własność przez jeden koncern więcej niż 25% rynku odbiorców w danej kategorii. A tymczasem dopiero kilka lat temu, gdy przyszło nam skonfrontować się z tym, że zdecydowana większość gazet regionalnych została przejęta przez prywatne, zagraniczne koncerny, rozpoczęła się dyskusja o potrzebie dekoncentracji mediów.

Błyskotliwy wizjoner czy naiwny idealista?

Jedni zapewne stwierdzą, że Remuszko był wizjonerem, którego obserwacje dotyczące rynku mediów wyprzedzały swoje czasy, a jeszcze inni uważać będą, iż był jednym z wielu „antymichnikowych” populistów i naiwnych idealistów perorujących o wyłącznie informacyjnej funkcji mediów czy domagających się sprawiedliwości i zasad w bezwzględnym świecie polityki oraz mediów, w którym by przetrwać, trzeba nie mieć skrupułów.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że „grzech pierworodny” zaistniały przy tworzeniu „Wyborczej” rozpoczął szereg wielu negatywnych zjawisk, które miały fatalny wpływ na obecną kondycję polskich mediów. Prawdopodobnie pojawiłyby się one również, gdyby historia transformacji potoczyła się inaczej, ale i tak trudno nie doszukiwać się w tamtych wydarzeniach znaczącego symbolizmu.

Obecnie w Polsce dominują przede wszystkim media tożsamościowe, jawnie sympatyzujące z rządem lub liberalną opozycją. Samo w sobie nie stanowi to problemu, wszak to zjawisko występuje na całym świecie. O wiele gorsze jest to, że media te stały się w zasadzie partyjnymi tubami propagandowymi, dlatego coraz mniej jest tam miejsca dla dziennikarzy prowokujących czytelników do myślenia i nieodnajdujących się w tej dualistycznej narracji.

Wpisuje się w to tendencja do potępiania „symetrystów” w mediach, których wina polega na dostrzeganiu wielu odcieni barw, a nie tylko czarnych i białych.

Symetryści i niezależnie myślący – won!

Idealnym do zobrazowania tego zjawiska jest casus Rafała Wosia, który został wyrzucony kolejno z „Polityki” i „Tygodnika Powszechnego”, tytułów od dawna już ideologicznie spowinowaconych z „Wyborczą”, za to, że „denerwował” czytelników tekstami pochwalnymi wobec rządu. Również gazeta.pl zakończyła krótką z nim współpracę po publikacji artykułu, w którym kreślił wizje sojuszu lewicy z rządzącą prawicą. Woś nie jest jednak dziennikarzem prawicowym piszącym laurki o „najprawdziwszych patriotach” i „zagrożeniu ideologią gender”, które może powstrzymać tylko rząd patriotów”, lecz socjaldemokratą doceniającym pewne redystrybucyjne posunięcia rządu właśnie z pozycji keynesistowskich czy prosocjalnych. Oczywiście prowokuje, wysuwa tezy, które czasem nie są łatwe do obrony, ale w 1989 roku obiecano nam, że w demokracji takie działania nie będą już grzechem.

Niestety oszukano nas. Woś z powodu szczerego pisania o swoich przekonaniach musi ciągle przenosić się z jednej redakcji do drugiej, co jest o tyle paradoksalne, że jednocześnie dostaje liczne nagrody od niezależnych gremiów dziennikarskich, które doceniają jego ekonomiczną wiedzę i warsztat. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że za tym ciągiem „podziękowań za współpracę” stoją nie tylko włodarze największych gazet, ale przede wszystkim sami czytelnicy liberalnych pism, którzy w komentarzach wylewali na niego tony obelg – czasem za pochwalenie jakichkolwiek działań rządu, czasem za poglądy antyneoliberalne. I wysyłają go do mediów pisowskich, bo jak przystało na prawdziwych piewców demokracji, wolności i pluralizmu nie potrafią konfrontować się z poglądami innymi od swoich.

Media głównego nurtu, w głównej mierze liberalne, ukształtowały więc wzorzec czytelnika biernego, zaślepionego prymitywną propagandą, kompletnie niezdolnego do akceptowania przekonań innych niż obowiązujące w jego bańce ideologicznej.

Na łamach gazet i w sekcjach komentarzy już nie odczuwa się potrzeby prowadzenia polemiki, bo tę zastąpiło oznajmianie racji i pogarda wobec adwersarza. Ot, paradoks nadwiślańskiego liberalizmu. Kolejnym paradoksem jest to, że póki co z Wosia nie zrezygnował udostępniający mu łamy tabloid, a zrobiły to media „lepszego sortu”, którym ponoć miało nie być wszystko jedno. Te same, których wolności i niezależności miał zagrozić podatek od reklam, a nie nakładana na siebie i innych autocenzura. Zresztą sama „Wyborcza” nie zrezygnowała z roli aktywnego gracza polskiej polityki, który dopuszcza się nie do końca etycznych metod i kategoryzuje niektórych podług wątpliwych kryteriów. Tak było całkiem niedawno, gdy redakcja poprzez ujawnienie rzekomego skandalu w klubie parlamentarnym Lewicy dyscyplinowała posłów i posłanki z jej ramienia, ponieważ ci wbrew neoliberałom z PO zdecydowali się poprzeć rząd w przegłosowaniu założeń Krajowego Planu Odbudowy.

Miało być o Remuszce, a nie o Wosiu, prawda? Ale ci, którzy czytali ten artykuł uważnie, na pewno rozumieją, że wymieniona przeze mnie patologia jest zaledwie kolejną odsłoną zjawiska powstałego na przełomie transformacji, opisanego szeroko przez Stanisława Remuszkę. Dlatego na przekór bezwzględnemu światu polityki i mediów niegwarantujących wolności słowa, pamiętajmy o Remuszce i innych „niepokornych”, nawet jeśli nie podzielamy wielu ich przekonań.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 76 / (24) 2021

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.