Opinia

Wiedza niekomfortowa w mieście nauki

Katowice Spodek i Międzynarodowe Centrum Kongresowe, fot. Marek Mróz, CC 4.0
Katowice Spodek i Międzynarodowe Centrum Kongresowe, fot. Marek Mróz, CC BY-SA 4.0, Link

Michał Krzykawski

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 204 / (48) 2023

Katowice otrzymały tytuł Europejskiego Miasta Nauki 2024 (EMNK). Organizacja EuroScience przyznaje taki tytuł miastom, które mogą pochwalić się „wybitnym osiągnięciem we wcielaniu nauki i szkolnictwa wyższego w ekosystem miejski”. Jednocześnie miasto po raz kolejny stara się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2029. Wsłuchując się w głos promotorów tych wydarzeń, można odnieść wrażenie, że nauka i kultura mają stać się dla Katowic, a nawet całej Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii, tym, czym był w tym regionie przemysł w wieku dwudziestym: kołem zamachowym rozwoju.

Trudno takich ambicji nie wspierać. Ale skoro rozwój przemysłowy był możliwy dzięki postępowi naukowo-technicznemu, a obowiązujący model tego rozwoju i sama idea postępu są tym, co należy dzisiaj dogłębnie zrewidować, jeśli serio traktujemy to, co mówią sami naukowcy na temat spodziewanych skutków kryzysu klimatyczno-ekologicznego, to warto zapytać, o jaką naukę tutaj chodzi. Co oznacza tutaj kultura, powiązana przecież z przemysłem, który nie ogranicza się do kopalń i dymiących kominów hut? Dla Śląska, Zagłębia Dąbrowskiego i wielu innych regionów „świat po węglu” pozostanie światem przemysłowym. Jakim więc sposobom życia i zarabiania na życie ta nauka i ta kultura chcą sprzyjać? I wreszcie kto może się w nich rozpoznać?

Sądzę, że te pytania nie dotyczą wyłącznie Katowic. Warto je stawiać w szerszej perspektywie, wykraczającej dalece poza regionalną specyfikę zarówno Śląska, jak i Polski. W gruncie rzeczy są to pytania o sens działalności uchodzącej za naukową i rozumienie transformującej roli kultury w świecie, w którym niemal wszystko ulega przewartościowaniu: od sposobów wspólnego życia, sposobów poznawania i wytwarzania wiedzy do instytucji, z instytucjami naukowymi i kulturalnymi włącznie.

Chciałbym na to przewartościowanie spojrzeć w odniesieniu do trzech powiązanych ze sobą pól: obywatelskiej nauki, wiedzy niekomfortowej oraz udziału kobiet w nauce i kulturze.

Od tego, co na tych polach zechcemy dostrzec i zrobić, zależy to, czy miasto nauki stanie się miejscem przełomu, czy też pozostanie spektaklem, w którym na naukową deliberację, wątpliwości i myśl krytyczną pozostaje niewiele miejsca.

Epoka kobiet

Zacznę od kwestii udziału kobiet w nauce i kulturze, bo to ona skłoniła mnie do napisania tego tekstu. Produkcję widowiska otwarcia obchodów EMNK postanowiono powierzyć czterem mężczyznom. Ktoś mógłby z niedowierzaniem zapytać: „Czy to jeszcze możliwe?”. Ogłoszenie tej informacji spotkało się z konstruktywnym protestem w środowisku śląsko-zagłębiowskich kobiet. Stworzyły one „listę stu kobiet”, przesłaną następnie do władz województwa i władz rektorskich wszystkich uczelni publicznych w regionie. Na liście nie zabrakło wybitnych artystek i naukowczyń, związanych z regionem i reprezentujących przeróżne dziedziny.

Co pokazuje ta lista? Przede wszystkim skalę braku ich widoczności w śląsko-zagłębiowskiej przestrzeni publicznej, a także to, że dzisiaj wciąż warto o tę widoczność walczyć. Lista dobrze obrazuje również jeden z paradoksów naszej epoki nowych technologii.

Zasadniczo jest to epoka dziewczyn i kobiet: uważniejszych, bardziej profesjonalnych, lepiej zorganizowanych, w większym stopniu nastawionych na współpracę i przekonanych, że przynosi ona lepsze efekty, radzących sobie lepiej na egzaminach czy w konkursach na stanowiska administracyjne i mających często więcej do zaoferowania na rynku pracy niż wchodzący na niego mężczyźni. Paradoks polega na tym, że pomimo tej zmiany kulturowej wiele podtrzymujących społeczeństwo instytucji, z uniwersytetem włącznie, pozostaje patriarchalne, a to rodzi zawód i rosnące poczucie, że w ich głębszych strukturach wszystko pozostaje po staremu. Nawet jeśli obecność kobiet w tych instytucjach w ostatnich latach zdecydowanie wzrosła (co wszelako nie zmienia faktu, że pozycje uprzywilejowane zajmują w nich mężczyźni).

Zaangażowanie mieszkańców to nie wszystko. Obywatelska nauka

Można więc zapytać: na ile miasto nauki, które nie widzi kobiet lub widzi je tak, że ich widzialność nie przekłada się na działanie tych instytucji, a w konsekwencji na bezpośredni efekt społeczny, może realnie reprezentować obywateli?

Dla promotorów EMNK istotną rolę w takim mieście ma odgrywać tzw. obywatelska nauka (citizen science).

Na stronie internetowej Uniwersytetu Śląskiego czytamy, że chodzi o naukę, która angażuje mieszkańców w rozwiązywanie lokalnych problemów przy udziale lub wsparciu naukowców, a także z wykorzystaniem naukowych metod. Innymi słowy, każdy, stosownie do kompetencji i ambicji, może wnieść swój wkład w rozwój wiedzy, ponieważ świat nauki nie kończy się na świecie akademickim. Dlatego taka otwarta współpraca naukowców z nienaukowcami może przynieść same korzyści dla wszystkich osób i instytucji w nią zaangażowanych. Nowe technologie informacyjno-komunikacyjne, zapewniające nam lepszą łączność, miałyby taką współpracę dodatkowo ułatwić.

Obywatelska nauka to również ważny element w opowieści o „Europejskim Zielonym Ładzie”. To ona właśnie ma pomóc we wdrażaniu w życie jego założeń. Podkreśla się, że tego rodzaju angażowanie obywateli ułatwi im przystosowanie się do zmian wymuszonych zmianą klimatu. „Zaangażowanie” i „adaptacja” to tutaj dwie strony tej samej strategii. Nie wspomina się w niej jednak o tym, że głównym problemem jest autodestrukcyjny model rozwoju, w związku z czym to od niego należałoby przede wszystkim odejść, bo daje on systemom ludzkim marne perspektywy na przyszłość.

Realizowana w tym zachowawczym duchu idea obywatelskiej nauki przypomina trochę realizację idei budżetu obywatelskiego: może dawać obywatelom (mieszkańcom) podobną iluzję sprawczości i poczucie bycia częścią zmiany, podczas gdy w rzeczywistości jest na rękę władzy i sprzyja temu, co władzę interesuje: zachowaniu status quo. Powstaje więc pytanie, czemu i komu obywatelska nauka ma dzisiaj służyć. Co zostaje z jej pierwotnego ducha?

Warto przypomnieć, że pierwotny duch takiej nauki zrodził się z obywatelskiego sprzeciwu. Był on skierowany przede wszystkim wobec podporządkowania kierunku rozwoju naukowo-technicznego interesom korporacji i (często współpracujących z nimi) państw.

Takie podporządkowanie nauki imperatywom rynku i transakcyjnie rozumianej ekonomii powoduje, że sama nauka, podobnie jak technologie, których rozwój jest praktycznym zastosowaniem wiedzy naukowej, niekoniecznie przyczyniają się do wspólnego dobra.

W obywatelskiej nauce widzianej w tym krytycznym duchu nie chodzi więc o współpracę obywateli z naukowcami (prowadzenie różnego rodzaju pomiarów lub jej inne, bardziej zaawansowane formy), do jakiej zachęcają współcześni promotorzy obywatelskiej nauki. Kluczowe znaczenie ma natomiast zaangażowanie samych naukowców w ochronę społeczeństwa przed nauką, która stała się funkcją kapitału, niejednokrotnie przy udziale naukowych ekspertów.

To piekielnie trudny i delikatny temat, zwłaszcza w obliczu niskiego zaufania społecznego do nauki, jej niedofinansowania i zjawiska postprawdy, które powoduje rozrost pseudonaukowych teorii. Ale gdzie indziej mielibyśmy ten temat podejmować jak nie w europejskim mieście nauki?

Obywatelska nauka ma sens wtedy, gdy jest uprawiana przez ludzi świadomych politycznego uwikłania nauki.

Wyzwanie polega zatem na poszerzaniu ich kręgu, a nie na przyciągnięciu możliwie największej liczby uczestników organizowanych wydarzeń. Tylko w ten sposób możemy budować solidny grunt społeczny pod większą zmianę.

Krytycznego ducha obywatelskiej nauki dobrze oddaje i przypomina statut stowarzyszenia „Sciences citoyennes”, założonego w 2002 roku, a więc na długo przed tym, gdy citizen science stała się cool, którego honorową prezeską jest belgijska filozofka nauki Isabelle Stengers.

Dla tej organizacji obywatelska nauka, jako nauka uprawiana przez „profanów”, jest przede wszystkim odpowiedzią na zagrożenia pochodzące z liberalnej globalizacji i niebezpieczeństwa generowane przez dominujące sposoby produkcji i konsumpcji. „Profani” biorą sprawy w swoje ręce, ponieważ widzą, że liberalna globalizacja podporządkowuje badania naukowe i rozwój techniki wymogom opłacalności. A jednocześnie podtrzymuje te sposoby produkcji i konsumpcji, które w ten sposób obejmują sposoby wytwarzania wiedzy naukowej, na uniwersytecie i poza nim.

Kluczową sprawą dla obywatelskiej nauki jest zatem walka o demokratyzację nauki. Takiej demokratyzacji sprzyja przede wszystkim rozmowa o tym, komu i czemu nauka służy, a także tworzenie odpowiednich dla takiej rozmowy warunków. Z jednej strony chodzi bowiem o możliwość prowadzenia publicznej deliberacji przez samych naukowców, a z drugiej – o budowanie stosunków między nimi a zainteresowaną publicznością. A do tego potrzeba innej logiki działania niż logika popularyzacji. Popularyzacja jest oczywiście potrzebna, ma swoją ważną funkcję i, co więcej, wymaga odpowiednich zdolności, ale pozostaje niewystarczająca w obliczu zagrożeń, z jakimi się mierzymy.

Wytwarzanie wiedzy naukowej i pochodzących z niej technologii staje się procesem demokratycznym, gdy publiczność może kierować pod adresem naukowców następujące pytania: Dlaczego nad tym pracujecie? Do czego to zostanie użyte? I czy zastanawiacie się, co zrobić, aby waszych odkryć nie kupił sobie przemysł działający w imię zasady „business as usual”?

Tego rodzaju pytania są dzisiaj ważne, ponieważ nauka, przez wieki uznawana za główny czynnik emancypacji, stanowi dzisiaj potężną formę władzy, która może wspierać niezrównoważone modele biznesowe lub niesprawiedliwe polityki publiczne.

Co więcej, wielu naukowców z górnej półki widzi w nauce największe zagrożenie dla ludzkości. Wiąże się ono z uruchamianiem procesów nieodwracalnych, nad którymi tracimy kontrolę, jak w przypadku edycji genów, nanotechnologii czy sztucznej inteligencji.

Trudno dzisiaj kształtować świadomość obywatelską bez prowadzenia otwartej publicznej dyskusji na te tematy. Od tego, jakiej nauki obywatelskiej pragniemy, zależy to, o czym w mieście nauki będzie można rozmawiać i co da się w nim realnie zrobić: czy obywatelsko-naukowy przełom, czy serię eventów bez przyszłości.

Jak komunikować wiedzę niekomfortową?

Od tego pragnienia zależy również to, jakie miejsce w mieście nauki zajmie wiedza niekomfortowa. Określenie to wprowadził Steve Rayner, socjolog na Uniwersytecie w Oxfordzie i były członek IPCC [Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu powołany przy ONZ – przyp. red.]. Opisywał on tę wiedzę w kontekście wdrażanych polityk środowiskowych, które – dlatego właśnie, że nie uznają wiedzy niekomfortowej lub nie uznają jej w pełni – mogą nam zagrażać.

Wiedza niekomfortowa to według Raynera rodzaj wiedzy stojącej w sprzeczności z uproszczoną i wolną od kontrowersji opowieścią lub wytwarzającą w tej opowieści zbyt duże napięcie.

Taką wiedzą jest fakt, że realne zapobieganie skutkom zmian klimatu musi wiązać się z obniżeniem aktywności gospodarczej, a tym samym z obniżeniem poziomu dobrobytu miejskich elit w krajach rozwiniętych z Polską włącznie. Innym przykładem wiedzy niekomfortowej jest to, że cały porządek instytucjonalny zachodniego świata sprzyja gospodarce, która nie liczy się z biofizycznymi, w tym termodynamicznymi, granicami wzrostu. Gdyby więc ten fakt uznać, transformację energetyczną należałoby właściwie przeprowadzić na drodze przeorganizowania tego porządku.

Nie ulega wątpliwości, że komunikowanie wiedzy niekomfortowej nie jest łatwą sztuką. Po pierwsze dlatego, że ludzie wolą odczuwać komfort od odczuwania dyskomfortu, w związku z czym nieumiejętne komunikowanie takiej wiedzy spowoduje, że zostanie przez nich odrzucona. A po drugie dlatego, że najprawdopodobniej nie zaakceptują jej podtrzymujące ten porządek instytucje.

Pełne uznanie wiedzy niekomfortowej mogłoby być zbyt nie po myśli establishmentu, który zachowuje prawo do snucia oficjalnej opowieści i dzięki temu kontroluje przebieg dyskusji, określając warunki tego, co można, a czego nie można w niej powiedzieć. Weźmy przykład dekarbonizacji. Pomimo że jej proces już de facto się zaczął, co na Śląsku jest szczególnie widoczne i odczuwalne, w towarzyszącej mu dyskusji na najwyższych szczeblach pomijane są niewygodne pytania o kluczowym znaczeniu politycznym: jakim zmianom musiałoby ulec społeczeństwo, gdybyśmy uznali, że stały wzrost w świecie o ograniczonych zasobach, jest niemożliwy i wyciągnęli z tego konsekwencje? Jak bolesne musiałyby to być zmiany, których wprowadzenie wzmocniłoby jednak systemy społeczne w obliczu kryzysu klimatyczno-ekologicznego?

Osobiście trudno mi sobie wyobrazić miasto nauki, w którym takich pytań się nie stawia.

Raz jeszcze – komunikowanie wiedzy niekomfortowej jest trudne i wymaga dużej dozy rozwagi. Ale ucieczka od tej trudności ma swoją cenę. Według Raynera jest nią społeczne konstruowanie ignorancji.

Wymienia on cztery strategie menadżerskie, które mogą taką ignorancję poszerzać poprzez sposób, w jaki zarządza się w nich wiedzą niekomfortową. Są nimi: zaprzeczenie, odrzucenie, odwrócenie uwagi lub jej przesunięcie w stronę problemu, który da się stosunkowo łatwo rozwiązać, pomimo że jego rozwiązanie nic wielkiego nie przynosi. Przykłady udanych realizacji takich strategii można mnożyć.

Rzeczą najistotniejszą, jaką pokazuje przenikliwa analiza Raynera jest to, że społeczne konstruowanie ignorancji, choć jest procesem nieuchronnym, nie zawsze musi być czymś negatywnym. Często jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizacji, a nawet całych społeczeństw, w których wiedza i niewiedza występują jako zjawiska współzależne. Poważny problem mamy jednak wtedy, gdy tego rodzaju wiedza jest po prostu, dla wygody, przemilczana. Wówczas społecznie konstruowana ignorancja staje się groźna i sprawia, że podejmowane decyzje nie prowadzą do zmian na miarę wyzwań, z jakimi się dzisiaj mierzymy.

Rzecz kluczowa dotyczy zatem tego, jakiego rodzaju wiedzę w mieście nauki można i trzeba wytwarzać. Czy wiodącymi w nim aktywnościami mają być widowiska i inne rytuały samozadowolenia, w których na wiedzę niekomfortową i rozmowę o tym, jak ją komunikować i uwzględnić w procesach decyzyjnych miejskich instytucji, nie ma miejsca, czy może inne, o wiele mniej spektakularne działania, które taką rozmowę mogłyby w mieście zainicjować?

I wreszcie, czy miasto nauki może i powinno wytwarzać zmianę najtrudniejszą, a mianowicie tę dotyczącą naszych sposobów myślenia?

Bo one wciąż, i na wielu poziomach, pozostają te same, pomimo że w międzyczasie nabyliśmy środki do zniszczenia planety i nas samych.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 204 / (48) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: