Felieton , Książka

Liu mówi, jak jest. Luminarze postępu

osoba trzymająca w ręku tablet
fot. pressfoto na Freepik

Rafał Woś

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

NR 206 / (50) 2023

Każde czasy mają swoich dyktatorów. Nie inaczej jest z momentem, w którym żyjemy dziś.

Z dyktatorami jest tak, że najskuteczniejsi są ci, których… nie widać wcale. A przynajmniej trudno ich potęgę oraz władzę dostrzec na pierwszy rzut oka. A nawet jak ich widać, to niewidzialny ma pozostać przynajmniej sam zakres ich panowania. A jeśli już jakimś cudem to ich panowanie zaczyna stawać się dostrzegalne, to powinno ono tworzyć wrażenie nieuchronności czy naturalności. W gruncie rzeczy chodzi przecież o to, by wszelkie marzenia o buncie były bezcelowe. Albo najlepiej by w ogóle nie pojawiały się w głowach tzw. myślących ludzi. I żeby zostały domeną wszelkiej maści marzycieli albo oszołomów.

Pomni tych wszystkich zastrzeżeń współcześni dyktatorzy nie mają więc równo przystrzyżonego wąsika i nie prostują ręki w geście „rzymskiego pozdrowienia”. Nie krzyczą na wiecach i nie noszą munduru. Działają i zachowują się zupełnie inaczej.

Ich władza jest jednak jak najbardziej realna, bogactwo nieprzebrane, wpływy nieograniczone, a odpowiedzialność w zasadzie zerowa. Na szczęście są przenikliwi autorzy, którzy zdołali przebić się przez mgłę pojęć i narracji, które mają zasłaniać maluczkim prawdę o naturze tej współczesnej dyktatury. Właśnie taką autorką jest Catherine Liu, której uderzająco wręcz aktualna praca „Luminarze postępu i cnoty” ukazała się niedawno po polsku.

Poznajcie „profesjonalną klasę menadżerską”. Czyli właśnie owych opisanych przez Liu „luminarzy postępu i cnoty”. W oryginale ta błyskotliwa amerykańska badaczka chińskiego pochodzenia nazywa „luminarzy” jeszcze celniej i drapieżniej. Po angielsku brzmi to dosłownie „virtue hoarders”. Mianem „hoardera” określa się kogoś, kto w sposób kompulsywny gromadzi rzeczy. Robiąc to przekracza jednak dopuszczalne normy i granice społecznego współżycia. Problem tkwi jednak w tym, że on (lub ona) nie może inaczej. I nie chce inaczej. Gromadzi i gromadzi. Więcej i więcej. Ten typ tak ma.

W koncepcji Liu ten nasz hoarder/luminarz żywi się i żyje dla gromadzenia cnoty. Ale nie jest to „cnota” ani w rozumieniu antycznym ani nawet chrześcijańskim.

Współcześni luminarze postępu wypracowali własną koncepcję „virtus”. Jest ona ulepiona z poczucia wyższości wobec ludzi pochodzących z „gorszych” (niższych, uboższych) klas społecznych oraz z narcystycznego pragnienia bycia z powodu tej wyższości non stop podziwianym.

Podziw płynąć ma z troski, którą taki luminarz (wróćmy już do polskiego tłumaczenia „hoardera”) otacza społeczeństwo. On każdym swoim uczynkiem i gestem sygnalizuje „Uwaga!!! Patrzcie na mnie!!! Patrzcie, jak ja się troszczę o dobro wspólne!!! A przecież mógłbym tego nie robić!!! Mógłbym mieć w nosie!!! A jednak nie jestem obojętny!!! Mnie nie jest wszystko jedno!!! Patrzcie na mnie!!!”.

W tym sensie ostatnie lata ze wszystkimi współczesnymi wojnami kulturowymi stworzyły wręcz idealne środowisko, w którym luminarz postępu może w pełni rozwinąć swój pawi ogon. Luminarz uwielbia więc dyskutować o „uprzedzeniach”. Na każdym kroku podkreśla dbałość o to, jak jego codzienne działania wynikają z troski o potrzebę „upodmiotowienia” pokrzywdzonych. „Tolerancja” jest dla luminarzy największą wartością. Luminarz zawsze stoi w pierwszym szeregu walki z „faszyzmem” czy innym „autorytaryzmem”. „Rasizm” i „ksenofobia” zaś w oczywisty sposób budzą w nim najgłębszą odrazę. Czy mam mówić dalej? Czy może rozpoznajecie już opisywane przez Liu postawy wokół siebie? A może i w sobie samych?

Liu nie skręca na szczęście w tanie psychologizowanie. Bo to nie o osobiste przypadłości tutaj chodzi. Sprawa ma bardzo wyraźny wymiar klasowy. To nie jest tak, że luminarzy spotkać można na wszystkich szczeblach społecznej drabiny. Jak łysych, rudych albo piegowatych. „Luminarstwo” to naturalna postawa pewnej konkretnej społecznej klasy, która wykształciła się w ramach współczesnego kapitalizmu. Liu nazywa tę klasę „profesjonalną klasą menedżerską” termin pożycza od Johna i Barbary Ehrenreichów, którzy opisali jej istnienie już w połowie lat 70. XX wieku na przykładzie Stanów Zjednoczonych.

Wedle ich definicji ta nowa (wówczas) rosnąca stale w siłę klasa składała się z „wynarodowionych, licencjonowanych profesjonalistów, takich jak twórcy przemysłu kulturowego, dziennikarze, inżynierowie oprogramowania, naukowcy, profesorowie, lekarze, bankierzy i prawnicy, odgrywający istotne role przywódcze w dużych organizacjach”. Przez ostatnie pół wieku to właśnie oni byli faktycznym establishmentem dominującym życie polityczne, medialne, kulturalne, społeczne i ekonomiczne najbogatszych i najbardziej rozwiniętych krajów bogatego Zachodu.

Warto zauważyć, że byli oni na górze niezależnie od aktualnych mód i trendów. To jedna i ta sama klasa (a często i ci sami ludzie) zarządzali, nazywali i kreowali kolejnymi wielkimi społecznymi projektami „modernizacji”, „neoliberalizmu” czy „globalizacji”.

Zassali tym samym cały ferment społeczny, który pojawił się w zachodnich społeczeństwach w związku z tzw. rewoltą 1968 roku i później po wejściu na scenę pokolenia wielkomiejskich „yuppies”.

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Gdy zaś wszystkie tamte procesy przestawały być sexy i dochodziły do swojego kresu, luminarze przeskakiwali sobie na nowe pola: stając się heroldami „ekologizmu”, „antyfaszyzmu” czy wreszcie całkiem ostatnio „wokeizmu” [wyczulenie na uprzedzenia i dyskryminację oraz domaganie się natychmiastowych zmian społecznych przyp. red.] albo zadumy nad „niszczącym wpływem nierówności na społeczną spójność” snutym pod gościnnymi szyldami Forum Ekonomicznego w Davos lub Rady Doradczej przy Papieżu Franciszku. „Czasy się zmieniają, a wy zawsze w komisjach”, można by  odrobinę zgryźliwie opisać naturę tej hegemonii „profesjonalnej klasy menedżerskiej” we współczesnym świecie, odwołując się do kultowego filmu „Psy” Władysława Pasikowskiego.

Dziś żyjemy więc w świecie, w którym realna władza jest w zasadzie zmonopolizowana przez „luminarzy postępu”.

Na wielu polach tych, gdzie demokratyczne mechanizmy pluralizmu zostały już dawno zastąpione przez „merytokrację” ich dominacja jest w zasadzie niekwestionowana. Tak jest w świecie mediów, kultury, w wymiarze sprawiedliwości albo w finansach. Newralgicznym miejscem, gdzie toczy się jeszcze walka o wytyczenie luminarzom jakichś granic, pozostaje parlamentarna polityka. Ale jest ciężko. Może nawet sprawa jest dość beznadziejna. Każdy bowiem, kto próbuje naruszyć potęgę „luminarzy”, naraża się na ich wściekłą kontrę. W tym właśnie momencie widać, że przydają im się gromadzone zdawałoby się kompulsywnie i niepotrzebnie pokłady cnoty. Są one natychmiast i z wielką wprawą zamieniane w ostrą broń polityczną.

Luminarze bez trudu uruchamiają kolejne paniki moralne w obronie „wolności mediów”, „praworządności” albo wręcz samej demokracji. Ich czysto moralna argumentacja staje wtedy do walki ze wszelkimi innymi politycznymi narracjami w tym nawet ze starym dobrym (a wywodzącym się jeszcze od Marksa) odwołaniem do klasowego interesu. Luminarze go jednak przebijają wmawiając (skutecznie) milionom ludzi, że kierowanie się wspomnianym interesem jest czymś złym i grzesznym. A każdy „porządny człowiek”, któremu „nie jest wszystko jedno” musi być po stronie „wartości”, do których obrony nawołują oni sami czyli luminarze.

Mechanizm ten na naszych oczach zaczyna wypaczać sens i wiarę samej demokracji.

Oto demokracja tak sprytnie zawłaszczona przez luminarzy nie jest w stanie przynieść żadnej zmiany społecznego status quo. A jeżeli przyniesie, to luminarze swoim głośnym oporem i biciem na alarm uprzykrzą życie społeczne do tego stopnia, że stanie się ono nieznośne dla każdego zwyczajnego obywatela.

W efekcie nastąpi takie zmęczenie „polaryzacją” czy  szerzej konfliktem politycznym, że ludzie będą już woleli spokój i rezygnację z marzeń o zmianie. Byle tylko luminarze przestali zatruwać wszystkim życie swoimi opowieściami o kolejnym końcu świata.

Wielkie dzięki dla Catherine Liu za jej książkę „Luminarze postępu i cnoty”. Bez niej człowiek mógłby pomyśleć, że postradał zmysły. Widząc rzeczy i procesy, które wydają mu się realnie istniejącymi problemami. A jednak są one przez większość tak łatwo wypierane i zamilczane na śmierć. Na szczęście Liu to wszystko widzi. A nawet próbuje bardzo trafnie nazywać rzeczy po imieniu. Mówiąc po prostu… jak jest.

Catherine Liu, Luminarze postępu i cnoty. Rzecz przeciw profesjonalnej klasie menedżerskiej, Moskowitz Media, Warszawa 2023

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego – logo

Zadanie „Wydawanie internetowego Tygodnika Spraw Obywatelskich” dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

NR 206 / (50) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również: