fbpx

Felieton , Książka

Maszyna zwana człowiekiem

fot. S. Hermann & F. Richter z Pixabay

Piotr Wójcik

Nr 50 (2020)

Problem leży nie w samej technologii, tylko w ludzkim podejściu do niej. Pełnym przesadnego optymizmu i odkładaniu myślenia o potencjalnych szkodach na później.

Człowiek od zarania dziejów dokłada starań, by wydłużyć swoje życie oraz ulepszyć się. Rozwijająca się od wieków medycyna jest przecież próbą odsunięcia momentu śmierci jak najdalej. Pierwotne narzędzia wykonywane przez naszych przodków, chociażby włócznie, były próbą przekroczenia naszych naturalnych ograniczeń. Dzięki włóczni krótkoręki człowiek mógł trafić i uszkodzić cel znajdujący się poza zasięgiem jego kończyn. Zbroje rycerskie można wręcz uznać za coś w rodzaju pierwszych egzoszkieletów, dzięki którym ludzka skóra nie była już taka podatna na zranienia. Przez większość naszej historii podchodziliśmy do tych wszystkich wynalazków z odpowiednią dozą dystansu. Zdawaliśmy sobie sprawę, że moment śmierci, owszem, możemy odsunąć w czasie, jednak nie kwestionowaliśmy śmierci jako takiej, byliśmy pogodzeni z tym, że kiedyś tak czy inaczej ona nadejdzie. Nie próbowaliśmy także się spiąć z tworzonymi przez nas narzędziami – uznawaliśmy je za zewnętrzne obiekty, które służą nam w z góry określonych celach. Rycerz po bitwie nie łaził w zbroi cały dzień, tylko ją ściągał czym prędzej i z wytchnieniem ulgi.

Najwyraźniej obecnie zatracamy ten zdrowy sceptycyzm wobec technologicznych nowinek. Nie tylko coraz częściej się w nich zatracamy, trwoniąc czas w wirtualnych światach i dając się pochłonąć atrakcjom oferowanym nam przez globalną sieć. Przede wszystkim niebezpiecznie zbliżamy się do sytuacji, w której granica między stworzonym przez człowieka narzędziem a samym człowiekiem się zaciera.

Coraz częściej zaczynamy bawić się w Boga, próbując oszukać prawa biologiczne i zanegować je. Zaczynamy być tak bardzo przekonani o własnej racjonalności oraz nieomylności, że pęd ku kolejnym produktom ludzkiej kreatywności może stać się niebezpieczny. A nawet nas unicestwić. Co będzie wielkim paradoksem, bo przecież te wszystkie ryzykowne działania podejmujemy właśnie dlatego, żeby nie dać się unicestwić. O tych wszystkich zagrożeniach i paradoksach możemy przeczytać w doskonałej książce „Być maszyną” Marka O’Connella. Poruszając się po różnych zagadnieniach współczesnych technologii autor z pełną fantazji swadą dokonuje pewnego rodzaju ośmieszenia ideologii zwanej transhumanizmem.

Cefalon zamiast głowy

Na pustyni Sonora w Arizonie znajduje się ogromny grobowiec, przynoszący właścicielom potężne zyski. Można dobrze zarabiać na cmentarzach? Otóż można, trzeba je jedynie odpowiednio sprzedać. W Arizonie znajduje się placówka firmy Alcor, którą O’Connell odwiedził. W placówce tej znajduje się grubo ponad setka zwłok, które zostały poddane krioprezerwacji. Czyli zostały „zamrożone”, co jest pewnym uproszczeniem dla stosowanej tam technologii utrzymywania ciał zmarłych w stanie przed rozkładem. Mają być tam one trzymane aż do momentu, gdy postęp technologiczny umożliwi przywrócenie ich do życia. Marzący o nieśmiertelności mogą zapłacić Alcorowi 200 tys. dolarów, by po śmierci trafić do jednej z tamtejszych maszyn, zwanych dewarami. „Są to, z grubsza ujmując, gigantyczne termosy wypełnione ciekłym azotem” – pisze O’Connell.

Jeśli ktoś nie ma 200 tysiaków, to nie ma sprawy, Alcor proponuje także usługę w wersji ekonomicznej. Za jedyne 80 tys. dolarów zamrozić można samą głowę. W końcu to mózg decyduje o naszym człowieczeństwie, pozostałe organy to zwykłe narzędzia ułatwiające nam życie, jak wiertarka albo śrubokręt. W Alcorze przetrzymuje się więc nie tylko zwłoki, ale też odcięte głowy, zwane cefalonami.

Gdy technologia umożliwi już przeniesienie zawartości mózgu do komputera, wtedy będzie można wszczepić powstałe w ten sposób informacje do innego substratu (tj. ciała) i ożywić zmarłego w nieco innej formie. Na przykład w formie superinteligentnego tostera.

Choć naukowcy nie widzą specjalnych szans na ożywienie zmarłych, nawet w dalekiej przyszłości, a świat nauki uznaje praktyki Alcora za tak bzdurne, że nawet nie zamierza ich falsyfikować, znajdują się chętni na tamtejsze usługi. Dla bardzo bogatych ludzi wyłożenie 200 tys. dolarów nie jest wielkim wyrzeczeniem, a przecież nie zaszkodzi spróbować. Problem jedynie taki, że ciało musi zostać poddane krioprezerwacji jak najszybciej po śmierci. Moment śmierci musi być mniej więcej przewidziany, by przygotować aparaturę. Zabici w wypadkach więc z usług Alcora nie skorzystają, ale umierający na raka już tak.

Myśli zgrane na dysku

Przeniesieniem umysłu człowieka na dysk twardy komputera lub inny nośnik, by uwiecznić jego osobowość na wieki, zajmuje się natomiast start-up Carboncopies, założony przez Randala Koena. Oczywiście w San Francisco, które jest zagłębiem nie tylko wysokich technologii, ale też transhumanistycznych marzycieli.

Cały koncept sprowadza się do tego, żeby zeskanować połączenia nerwowe człowieka, a następnie zapisać je w formie kodu na komputerze. Jak na razie nikomu to się jeszcze nie udało, a dostępne technologie testowane na zwierzętach są dosyć inwazyjne.

Polegają na wyjęciu przynajmniej części mózgu i skanowaniu go. Bardziej obiecującą technologią jest mikroskopia 3D, która umożliwiłaby uzyskanie trójwymiarowego obrazu mózgu w bardzo wysokiej rozdzielczości. Mówi się też o próbie wprowadzenia do mózgu armii nanorobotów, która następnie buszowałaby w naszej czaszce i przekazywałaby informacje do komputera. „To byłoby jak łyknięcie aspiryny” – stwierdził cytowany w książce Randal Koen.

Tu oczywiście pojawia się pewien problem techniczny. Bo czy do odtworzenia naszej świadomości na pewno wystarczy zwyczajne przekopiowanie połączeń nerwowych na dysk twardy? Czy po wgraniu tych informacji do robota, faktycznie będziemy się czuć jak żywi? A jeśli będzie to miało miejsce za naszego życia, to czy będziemy zdublowani? Przecież właściwie do dzisiaj nie wiemy, czym dokładnie jest świadomość. Znajomość ludzkiego mózgu jest relatywnie słaba, w porównaniu do pozostałych organów. Nieprzypadkowo psychiatria rozwijała się zdecydowanie najwolniej ze wszystkich działów medycyny, co świetnie opisał Jeffrey Lieberman w „Czarnej owcy medycyny”.

Autor „Bycia maszyną” wskazuje jeszcze jedno ryzyko. Zakładając nawet, że to wszystko się uda, czy przypadkiem nie będziemy wystawieni na hakowanie? Albo przynajmniej na próby podprogowego wpływania na nasze działania i decyzje? Zamożni wykupywaliby wersje premium, wolne od reklam i spersonalizowanego przekazu, natomiast pozostali byliby wystawieni na działanie agresywnego marketingu, który bezpośrednio wtłaczałby w nasz spisany w kodzie umysł odpowiedni przekaz. Już nie martwilibyśmy się o to, że zostawiamy zbyt dużo informacji o sobie w sieci. Sami zostalibyśmy elementem Big Data.

Eksplozja inteligencji

W książce O’Connella nie mogło też zabraknąć fragmentów o sztucznej inteligencji. Oczywiście SI otacza nas już od długiego czasu. Prowadzi nas podczas jazdy samochodem, starając się unikać zakorkowanych tras. Konkuruje z nami podczas gry na konsoli lub komputerze. Służy do wykonywania wielu zadań i z większości wywiązuje się całkiem nieźle. Jednak jak na razie SI jest zwyczajnie głupsza od człowieka. Świetnie wykonuje działania polegające na skomplikowanych obliczeniach, jednak nie radzi sobie z wieloma czynnościami dla człowieka zupełnie naturalnymi – głównie takimi, w których trzeba wykazać się kreatywnością oraz przy rozwiązywaniu nieznanych wcześniej problemów. Jednak SI szybko się uczy i programy oparte na niej stają się coraz bardziej złożone i skuteczne. Gdy SI stanie się kiedyś, być może, równa inteligencją człowiekowi, wtedy prześcignięcie nas będzie już tylko kwestią niedługiego czasu. SI na poziomie człowieka sama będzie potrafiła tworzyć jeszcze lepsze algorytmy od naszych.

Nastąpi więc „eksplozja inteligencji”. Pozbawiona uczuć i zafiksowana na wykonywaniu zadań sztuczna inteligencja będzie dążyć do poszerzania pól swojego działania. O’Connell podaje kilka bardzo teoretycznych przykładów. Na przykład robot zaprogramowany do grania w szachy odmawia wyłączenia się, gdyż uniemożliwi mu to granie w szachy. Albo SI nastawiona na znalezienie recepty na wyeliminowanie nowotworów, która dochodzi do wniosku, że najszybciej będzie wyeliminować po prostu wszystkie organizmy żywe, więc wtedy także raka nie będzie. Oczywiście te scenariusze są hipotetyczne i słusznie mogą wydawać się absurdalne. Ale czy na pewno są niemożliwe? Przecież dysponująca olbrzymią mocą obliczeniową, zafiksowana na wykonaniu zadania i pozbawiona empatii SI faktycznie może doprowadzić do całej serii szkód. Nawet jeśli nieco mniej spektakularnych niż wybicie całego życia na Ziemi. Problem w tym, że o ile nad udoskonalaniem SI pracują setki tysięcy osób, to nad tak zwanym ryzykiem egzystencjalnym, czyli ochroną przed szkodliwym działaniem sztucznej inteligencji, zaledwie garstka.

I tu właśnie leży problem – nie w samej technologii, tylko w ludzkim podejściu do niej, pełnym przesadnego optymizmu i odkładaniu myślenia o potencjalnych szkodach na później. Warto byłoby rozwijać technologie równolegle z dbaniem o przyszłość człowieka jako takiego.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 50 (2020)

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Nowe technologie # Społeczeństwo i kultura

Być może zainteresują Cię również:

Facebook i inne korporacje cenzurują treści! Zapisz się na Tygodnik Instytutu Spraw Obywatelskich. W każdej chwili masz prawo do wypisania się. Patrz, czytaj, działaj bez cenzury.

Administratorem danych osobowych jest Fundacja Instytut Spraw Obywatelskich z siedzibą w Łodzi, przy ul. Pomorskiej 40. Dane będą przetwarzane w celu informowania o działaniach Instytutu. Pełna informacja dotycząca ochrony danych osobowych.