Felieton

„Wojskowi to szaleńcy”. Ukraina i kryzys kubański

kret
fot. Dirk (Beeki®) Schumacher z Pixabay

Rafał Górski

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 145 / (41) 2022

„Wszystko zależało od czternastu osób… Gdyby sześć z nich zasiadało wtedy na fotelu prezydenta, to – sądzę – świat wyleciałby w powietrze” – powiedział Robert Kennedy w listopadzie 1962 roku. „Na szczęście tak się nie stało, choć brakowało niewiele” – zauważył Arthur Schlesinger we wstępie do książki „Trzynaście dni”. Co z tego wynika dla nas dziś, po sześćdziesięciu latach?

16 października 1962 roku to pierwszy z trzynastu dni niepewności, w czasie których świat stanął na krawędzi globalnego holocaustu i zagłady ludzkiego gatunku. Sześćdziesiąt lat temu zaczął się kryzys kubański, który „na skutek szczęśliwego zbiegu wielu okoliczności” (Richard E. Neustadt i Graham T. Allison) nie zakończył się jądrową apokalipsą. To najgorętszy moment w tak zwanej zimnej wojnie (określenie wprowadził do debaty publicznej George Orwell w artykule „You and the Atomic Bomb”). Warto mieć świadomość tego, co się wtedy działo, szczególnie dziś, kiedy trwa wojna na Ukrainie, jesteśmy straszeni użyciem broni atomowej, a na całym świecie rozpędza się cyberwojna.

Oko za oko. Rakiety za rakiety

Sheldon M. Stern z Uniwersytetu Harvarda w książce „The Cuban Missile Crisis in American Memory: Myths versus Reality” wydanej w ramach Stanford Nuclear Age Series dowodzi, że rząd Johna Kennedy’ego był współodpowiedzialny za wywołanie kryzysu kubańskiego. W 1961 roku Amerykanie rozpoczęli budowę wyrzutni rakiet z głowicami jądrowymi „Jupiter” w Turcji i we Włoszech. W 1962 roku 15 rakiet tureckich i 30 włoskich było gotowych do zniszczenia dowolnych punktów w zachodniej części Związku Radzieckiego. Rakiety z Turcji do Moskwy leciałyby kilka minut.

„Ciekawe, co byśmy powiedzieli, gdyby Sowieci rozmieścili rakiety z ładunkami jądrowymi na Kubie” – pytał w tym czasie senator Albert Gore, sekretarza stanu Deana Ruska. Podobnego argumentu użył senator Claiborne Pell w liście do prezydenta Kennedy’ego.

Nikita Chruszczow wspominał: „przecież USA otoczyły Związek Radziecki swymi bazami, rozstawiły wokół nas rakiety… Okrążyły nas wojskowo-lotniczymi bazami i ich samoloty są w stanie osiągnąć nasze życiowo ważne przemysłowe i państwowe ośrodki. A te samoloty są uzbrojone w bomby atomowe”. Amerykanie odpowiadali na takie argumenty, że bazy zostały zbudowane w państwach NATO dopiero wówczas, gdy te stały się celem radzieckiego ataku…

Odpowiedzią Sowietów była tajna operacja „Anadyr” – przerzucenia broni atomowej na Kubę. W ciągu trzech miesięcy 1962 roku w tajemnicy, na 86 statkach towarowych, Związek Radziecki przetransportował rakiety z głowicami atomowymi, czołgi, samoloty i czterdziestotysięczną armię. Wszystko pod okiem CIA, która ocknęła się dopiero 14 października, kiedy amerykański samolot zwiadowczy U-2 wykrył rakiety na Kubie. Łącznie na Kubie znalazły się 24 rakiety z głowicami atomowymi, wycelowane w USA.

„W samym sercu amerykańskiej strefy interesów”(JFK), kilka minut lotu rakiet z głowicami atomowymi od Waszyngtonu, Nowego Jorku i Chicago Sowieci podrzucają „jeża”, „aby Ameryka nie mogła połknąć wyspy wolności” (Chruszczow). W strefie śmierci znalazło się co najmniej osiemdziesiąt milionów mieszkańców Ameryki.

Jakby tego wszystkiego było mało, w tle kryzysu kubańskiego była tajna „Operacja Mangusta”. Najbardziej głośnym jej elementem była nielegalna inwazja wojskowa w Zatoce Świń, która zakończyła się fiaskiem. Operacja realizowana przez CIA miała na celu zabicie Fidela Castro i zmianę rządu na Kubie, na przyjazny Stanom Zjednoczonym. Przyjazny, czyli pozwalający na to, żeby Kuba była strefą wpływów i „placem zabaw” dla bogatych Amerykanów, jak to miało miejsce w latach 1930-1950. Pod koniec tego okresu większą część gospodarki kubańskiej, w tym 80% zakładów użyteczności publicznej, kontrolowały amerykańskie korporacje. Historia podobna do tych, które opisywał John Perkins w książce „Hit Man. Nowe wyznania ekonomisty od brudnej roboty”.

Jastrzębie i gołębie

15 października 1962 roku JFK powołał specjalny doradczy komitet do spraw kryzysu kubańskiego przy Radzie Bezpieczeństwa Narodowego ExComm (The Executive Committee of the National Security Council).

EXCOMM meeting, Cuban Missile Crisis, 29 October 1962, Public Domain, fot. Cecil Stoughton, White House

W skład komitetu ExComm wchodziło kilkanaście osób, w tym stały trzon liczył dwanaście. Na powyższym zdjęciu, z posiedzenia zespołu 19 października w Białym Domu obecni są, poczynając zgodnie z ruchem wskazówek zegara od prezydenta Kennedy’ego: Prezydent Kennedy, sekretarz obrony Robert S. McNamara, zastępca sekretarza obrony Roswell Gilpatric, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabu generał Maxwell Taylor, zastępca sekretarza obrony Paul Nitze, dyrektor Agencji Informacyjnej USA Donald Wilson, specjalny doradca Theodore Sorensen, doradca ds. bezpieczeństwa McGeorge Bundy, sekretarz skarbu Douglas Dillon, prokurator generalny Robert F. Kennedy, wiceprezydent Lyndon B. Johnson (zasłonięty), ambasador Llewellyn Thompson, dyrektor Agencji Kontroli i Rozbrojenia William C. Foster, dyrektor CIA John McCone (zasłonięty), podsekretarz stanu George Ball, sekretarz stanu Dean Rusk.

W komitecie wyłoniły się dwie frakcje. Członkowie pierwszej opowiadali się za natychmiastową akcją zbrojną: nalotami bombowymi baz radzieckich i rakiet na Kubie oraz inwazją lądową. Z kolei przedstawiciele drugiej frakcji szukali dyplomatycznego rozwiązania kryzysu.

Pierwszych zaczęto w trakcie kryzysu określać „jastrzębiami”, a drugich „gołębiami”. Od tamtego czasu terminy te na stałe zagościły w słowniku spraw międzynarodowych i geopolityki. Chociaż ja pierwszych nazwałbym „kretami”, a drugich „sowami”. Dlaczego? O tym poniżej.

Jastrzębie (Taylor, Dillon, McCone, Bundy, Nitze), Pentagon i jednogłośnie Kolegium Szefów Sztabów wzywało do podjęcia operacji militarnej. Ich zdaniem interwencja zbrojna była „ze wszech miar konieczna i niezbędna”.

Prezydent Kennedy odpowiadał na to tak: „Taka sytuacja nie pozostawi mi innego wyboru, jak tylko użycie broni jądrowej, czyli rozpętanie piekła”.

Z kolei gołębie (McNamara, Ball, Sorensen, Thompson, Gilpatric) opowiadały się za blokadą morską dla statków płynących na Kubę. Taka opcja pozostawiała stronie sowieckiej możliwość wyjścia i dawała jej więcej czasu na reakcję. „Chodziło o wywarcie presji, ale bez rzucania Rosjan na kolana” (RFK). Ponadto, kluczowe pytanie, które zadawali wojskowym brzmiało: czy istnieje pewność, że jedno bombardowanie wystarczy, żeby zlikwidować wszystkie radzieckie rakiety na Kubie? Jastrzębie odpowiadały, że stuprocentowej gwarancji dać nie mogą. Gołębie dodatkowo argumentowały, że trzeba brać pod uwagę zagrożenie ze strony radzieckich łodzi podwodnych z rakietami atomowymi, których nie można było wyeliminować bombardowaniami czy inwazją lądową.

Wojna i przypadek

„Żadna ludzka działalność nie styka się z przypadkiem tak często i tak ściśle, jak wojna. W ślad za przypadkiem ogromne miejsce na wojnie zajmuje niepewność, a wraz z nią szczęście” – Carl von Clausewitz. Trzy przykłady z kryzysu kubańskiego na potwierdzenie tych słów.

Naczelnym dowódcą zgrupowania wojsk radzieckich na Kubie był generał armii Issu Plijewa. W przypadku zerwania łączności z Moskwą decyzję o użyciu broni atomowej mógł on podjąć samodzielnie (sic!). Takie pełnomocnictwo udzielił mu Chruszczow. Amerykanie dowiedzieli się o tym dopiero w 1992 roku na konferencji poświęconej kryzysowi kubańskiemu, zorganizowanej w Hawanie. Informacja ta zszokowała wszystkich uczestników konferencji z USA, na czele z Robertem McNamarą – Sekretarzem Obrony w czasie kryzysu kubańskiego.

Dzień dwunasty, 27 października 1962 roku przeszedł do historii jako „czarny czwartek”. Był to punkt kulminacyjny kryzysu kubańskiego. W tym dniu został zestrzelony amerykański samolot rozpoznawczy U-2, który dokonywał nielegalnego przelotu nad terytorium Kuby. Rozkaz zestrzelenia wydał generał Stiepan Griczko, wbrew poleceniom Chruszczowa. Wojskowi z Kolegium Połączonych Szefów Sztabów zwiększyli naciski na JFK, żeby rozpocząć wojnę w poniedziałek: zmasowanymi bombardowaniami lotnictwa, a następnie inwazją lądową. JFK nie uległ presji, choć niewiele brakowało.

Trzecim przypadkiem wartym odnotowania, jest historia radzieckiej łodzi podwodnej B-59. 27 października łódź została zaatakowana niedaleko Kuby przez amerykańskie statki przy użyciu bomb głębinowych. Amerykanie nie wiedzieli, że Sowieci dysponują torpedami o mocy porównywalnej do bomby atomowej zrzuconej na Hiroszimę. Mogli je odpalić w przypadku ataku ze strony nieprzyjaciela lub zerwania łączności z Moskową. Do ich użycia wymagana była jednoczesna zgoda dowódcy okrętu i dwóch starszych oficerów. Z uwagi na zmasowany atak amerykańskiej marynarki wojennej i brak kontaktu z Kremlem, dwóch z trzech wojskowych zdecydowało o odpaleniu torped. Dowódca krzyczał: „Może tam, na górze, zaczęła się wojna, podczas gdy my tutaj fikamy koziołki! Teraz ich rozwalimy. Sami zginiemy, ale ich wszystkich zatopimy. Nie przyniesiemy wstydu naszej marynarce”.

Na szczęście trzeci oficer, Wasilij Archipow, sprzeciwił się swoim towarzyszom broni. Jego zgoda z dużym prawdopodobieństwem uruchomiłaby efekt domina atomowego. Przypominam, że te dramatyczne wydarzenia w głębokim zanurzeniu łodzi B-59 miały miejsce w „czarny czwartek”. Członkowie ExComm nic o nich nie wiedzieli.

Wojskowi to szaleńcy

„(…) wojny, gdy wybuchnie, nikt nie będzie w stanie zatrzymać, bo taka jest jej logika. Walczyłem w dwóch wojnach i wiem, że wojna, nim dobiegnie kresu, przetoczy się przez miasta i wsie, siejąc śmierć i zniszczenie. (…) Jeśli więc narody nie okażą mądrości, to w ostatecznym rachunku staną naprzeciw siebie w śmiertelnym starciu jak ślepe krety i zacznie się wzajemne wyniszczanie” – pisał Chruszczow w liście do JFK.

Po 13 dniach niepewności, przypadków i szczęśliwych zbiegów okoliczności, ostatecznie wygrała opcja gołębi. Kennedy porozumiał się z Chruszczowem na drodze dyplomatycznej.

Jastrzębie nie były zadowolone. „Trzeba było nam tam wejść i wykopać ich stamtąd” – groził szef sztabu sił powietrznych generał Curtis E. LeMay na wieść o porozumieniu.

Prezydent John F. Kennedy w dniu zakończenia kryzysu kubańskiego zwierzył się swemu doradcy – Arthurowi Schlesingerowi Jr.: „Inwazja byłaby błędem – nadużyciem naszej potęgi. Wojskowi to szaleńcy, bo właśnie tego chcieli. Jakie szczęście, że mamy McNamarę, który ich pilnuje”.

„Gdyby przeważyło zdanie generałów, to wojna nuklearna zaczęłaby się od razu na kubańskich plażach, a zakończyła globalną zagładą” – mówił Robert McNamara w 1962 roku. Z kolei 40 lat po kryzysie kubańskim, 13 października 2002 roku, ten sam McNamara przyznał, że „Kuba miała prawo czuć się zagrożona. Gdybym był w kubańskich lub sowieckich butach, czułbym się tak samo. My, jako supermocarstwo, nie zastanawialiśmy się nad końcowym skutkiem naszych poczynań. Na tym polegała nasza rzeczywista słabość”.

Uczmy się na błędach kretów

Czego uczy nas trzynaście dni, które wstrząsnęły światem, 60 lat temu?

Po pierwsze, warto stale pamiętać, że wojskowi szkolą się po to, żeby prowadzić wojny. Są ślepi jak krety, na rozwiązania inne niż wojskowe. „Stara zasada oko za oko czyni świat ślepym” – mówił Martin Luther King Jr. Dlatego bardzo ważna jest cywilna kontrola (sów) nad generałami. JFK trzymał twardogłowych z Kolegium Szefów Sztabów na krótkiej smyczy i tylko dlatego dziś wszyscy żyjemy.

Po drugie, jak zaznaczał Robert F. Kennedy, „istotne znaczenie ma krytyczna analiza proponowanych przez ludzi w mundurach kierunków działań”.

Nie należy ufać w ciemno zapewnieniom dowódców armii. „Kto miałby autorom w mundurach wytknąć błąd, gdy na świecie nie ostanie się żywa dusza” – pisał Rober F. Kennedy w książce „Trzynaście dni”.

Dziś, gdy toczy się wojna na Ukrainie, warto z dużą uważnością i rezerwą patrzeć na rozwiązania podsuwane nam przez wojskowych.

Po trzecie, wojna nie służy, nam, obywatelom, tylko garstce tych, co robią na niej biznes w Stanach Zjednoczonych, Rosji, Chinach, Francji, Niemczech i innych krajach „walczących o pokój”. Przykładem grupy interesu robiącej biznes na wojnach, jest amerykański kompleks wojskowo-przemysłowy, przed którym ostrzegał w swoim pożegnalnym przemówieniu prezydent Eisenchower.

Po czwarte, warto analizować kryzys kubański w kontekście wyścigu zbrojeń w cyberprzestrzeni, który toczy się dziś poza naszymi oczami. Wojskowi z amerykańskich, rosyjskich, chińskich i izraelskich służb bawią się cyfrowymi zapałkami. „Według niejednego eksperta zagłada świata nastąpi w wyniku przypadku. Stąpamy po cienkim lodzie. My, informatycy. My, ojcowie przypadków” – mówił pierwszy broker zero-day.

Wreszcie po piąte, każdej władzy bardziej zależy na owcach, które w razie potrzeby można prowadzić na rzeź (Wietnam, Ukraina, Tybet), niż na świadomych obywatelach. Dlatego warto, żeby każdy z nas miał świadomość teatru, który rozgrywa się wokół nas. W tym celu zachęcam do narodowego czytania, tylko nie romantyków, ale klasyków realizmu politycznego (np. Carra czy Mearsheimera). Bo oni tłumaczą na chłodno jak jest, a nie jak chcielibyśmy, żeby było.

I na koniec jeszcze jedno, mam wrażenie, że przed atomową zagładą w czasie kryzysu kubańskiego uchroniła nas książka „Sierpniowe salwy” Barbary Tuchman, którą JFK przeczytał uważnie. Autorka zawiera w niej analizę przyczyn wybuchu I wojny światowej.

Na liście czynników, w wyniku których państwa wdawały się w wojny, mamy głupotę decydentów, ich niskie poczucie własnej wartości oraz wysokie poczucie własnej ważności. Od I wojny nic w tym zakresie się nie zmieniło. Co najwyżej łatwiej dziś nasz świat wysadzić w powietrze, dzięki nowym technologiom…


Tropy w głąb króliczej nory:

  1. Kennedy F. Robert, Trzynaście dni, Warszawa: Bellona, 2003.
  2. Wołoszański Bogusław, Na krawędzi. Kryzys kubański 1962, Warszawa: Wydawnictwo Magnum, 1995.
  3. Kostecki Wojciech, Wojnę zaczniemy w poniedziałek, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Almapress, 1991.
  4. Kubowski Jerzy, Stany Zjednoczone Ameryki w obliczu zagłady atomowej. Kryzys kubański – trzynaście dni, które wstrząsnęły Ameryką, Brzezia Łąka: Wydawnictwo Poligraf, 2016.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 145 / (41) 2022

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Górski prowokuje # Polityka # Świat

Być może zainteresują Cię również: