Opinia

Dekolonizacja Europy

Tłum przed Białym Domem z flagami i transparentami
Tłum przed Białym Domem z flagami i transparentami, fot. Yohan Marion on Unsplash

Paweł Mościcki

Tygodnik Spraw Obywatelskich – logo

Nr 189 / (33) 2023

Widmo krąży po Europie, widmo dekolonizacji Rosji. Piszę o widmie, bo jak to bywa w przypadku duchów, miesza się w nim wiele rzeczy żywych z martwymi, a te martwe – a raczej śmiercionośne – wydają się niepokojąco żywotne. Skąd nagła popularność tego wątku? Wiadomo. Ale i trochę nie wiadomo, jak zwykle, gdy coś wydaje się wiadome zbyt szybko. Co właściwie znaczy dziś dekolonizacja Rosji, poza rozważaniami nad historią i jej dziedzictwem? Co oferuje na dziś i na jutro?

Problem z dekolonizacją polega na tym, że lepiej dekolonizować siebie niż kogoś innego. Gdy jakieś państwo lub grupa państw postanawia zdekolonizować inne państwo wbrew jego woli, to raczej nie nazywa się tego dekolonizacją, ale… rozbiorem.

Patrząc na dzisiejszą popularność hasła o dekolonizacji Rosji, wydaje się to aż nadto oczywiste. Że też stare potęgi europejskie nie wpadły na to, by podbój Afryki, Azji czy Ameryki Łacińskiej nazwać dekolonizacją! Wszak niejeden autorytarny i patriarchalny reżim z pewnością udało się wtedy obalić, wprowadzając przejrzysty i racjonalny porządek białego człowieka.

Potęga Zachodu

Oczywiście, dyskusje na temat imperialnego dziedzictwa Rosji i jej stosunku do podległych niegdyś krajów są ciekawe i wskazane. Nie zwalnia nas to jednak z obowiązku myślenia o tym, do czego mogą być lub są używane.

Dlaczego nie rozmawiamy dziś z równą zaciętością o dziedzictwie francuskiego kolonializmu na Sahelu albo o kolonialnej grabieży Teksasu? Dlaczego nie dekolonizujemy Palestyny? Jest wiele obszarów, do których można z powodzeniem stosować tę kategorię. Nie rozmawiamy o tym powszechnie, bo globalny hegemon nie chce, żebyśmy o tym rozmawiali.

Natomiast bardzo na rękę jest mu doprowadzenie do rozpadu konkurencyjnej siły geopolitycznej i wprowadzenie na jej miejsce szeregu małych państewek, którymi łatwo będzie sterować, i które będzie można bez ograniczeń grabić z zasobów. Ten plan nie jest nawet jakąś wielką tajemnicą – wystarczy zobaczyć, jak USA wspierają ugrupowania separatystyczne, rozłamowe, podsycają konflikty etniczne i religijne wszędzie tam, gdzie chaos i wojna może przynieść pożądane rezultaty. A potem ochoczo zabierają się za bronienie tych, których właśnie wykorzystały jako pionki w swojej geopolitycznej rozgrywce.

Dlatego wydaje mi się, że hasło dekolonizacji Rosji – odseparowane od szerszego kontekstu i oderwane od antykapitalistycznego rdzenia walk dekolonialnych z XX wieku – jest dziś głównie dyskursem amerykańskiego imperializmu przebranym w szaty, które uwiodą liberalną i „postępową” część globalnej społeczności.

Wyrafinowaną obroną ekonomicznego wyzysku i militarnego dyktatu, które charakteryzują wiodącą rolę USA na świecie. Jak widać wyraźnie kraje Globalnego Południa nie kupują tej retoryki, co prowadzi do charakterystycznego dla dzisiejszych wojen ideologicznych paradoksu. Oto dawne potęgi kolonialne razem z globalnym hegemonem brną w retorykę emancypacyjną, której przeciwstawiają się kraje niegdyś kolonizowane, a teraz próbujące wyzwolić się spod tej problematycznej „opieki”. 

Środowiska intelektualne i artystyczne na Zachodzie charakteryzuje ciekawe połączenie idealizmu z niechęcią do myślenia w kategoriach strategicznych. Prowadzi to do postępującej petryfikacji dyskursu, w którym strzeliste akty moralnego potępienia idą coraz częściej w parze z przerażającą hipokryzją i zwykłą niewiedzą. I tak język postkolonializmu i antyimperializmu jest dziś de facto używany do tego, żeby podtrzymać albo wesprzeć największy projekt imperialny w dziejach, czyli hegemonię USA jako globalnego stróża, policjanta i zarządcę w jednym. Nie ma się co dziwić, że masową produkcję haseł typu „decolonize Russia” poprzedzała stosowna konferencja Commission on Security and Cooperation in Europe, instytucji finansowanej przez rząd USA, na której rozbiór Federacji Rosyjskiej omawiano jako „moralny i strategiczny imperatyw”[1]. I pomyśleć, że chwilę później amerykańskie media, które najwyraźniej nie mają problemu z oficjalnym dyskutowaniem o tym, jak rozbić i podzielić na części inną potęgę nuklearną, uznały za formę obcej interwencji przelot chińskiego balona nad terytorium USA.

Wszystkie te plany są oczywiście bardzo moralnie wzniosłe, jak wszystkie przeprowadzone dotąd przez USA zamachy stanu, interwencje wojskowe i sankcje, które pokazują zwykłym ludziom, jaka może być cena niezgadzania się z amerykańską wizją świata. Problem tylko z tym, że urzeczywistnienie dziś planu podziału Federacji Rosyjskiej jest najkrótszą i najpewniejszą drogą ku nuklearnej wojnie i zakończeniu ludzkiej przygody na tej planecie. Rozumiem, że szefom amerykańskiej dyplomacji ta cena może się wydawać – jak mówiła Madeleine Albright o zagłodzeniu pół miliona irackich dzieci – „warta zapłacenia”[2], ale czy my, zwykli ludzie, mieszkający tu na tej ziemi, naprawdę możemy mieć z tego cokolwiek poza masą cierpienia i pewną śmiercią? Nawet najbardziej ekscytujące i bezkompromisowe hasła, które nie biorą pod uwagę konsekwencji swojego urzeczywistnienia, są, moim zdaniem, niebezpieczną ideologią, niezależnie od tego, jak bardzo ich treść może wydawać się słuszna. 

Problem polega na tym, że chcąc dekolonizować innych, również kraje zachodniej Europy wciąż nie dokończyły procesu własnej mentalnej dekolonizacji. Uwikłane są przy tym w dość osobliwy splot dominacji i podległości, który coraz trudniej rozwiązać.

Z jednej strony, niezależnie od retorycznej i symbolicznej fasady, odmieniania przez wszystkie przypadki konieczności rozliczenia się z imperialną przeszłością kontynentu, na poziomie polityki międzynarodowej Europa ma wciąż do zaoferowania światu przede wszystkim własne poczucie wyższości.

Wystarczy lekko porysować gładką powierzchnię politycznej poprawności, żeby usłyszeć słowa, od których włos jeży się na głowie. Oto niedawno szef europejskiej dyplomacji, Josep Borrell, zszokował nieco opinię publiczną rysując taką oto panoramę spraw międzynarodowych: „Europa jest ogrodem. (…) Reszta świata, większość reszty świata jest dżunglą. I dżungla może najechać ogród. Ogrodnicy powinni więc zająć się ogrodem. Nie obronią jednak ogrodu dzięki murom. Mały, uroczy ogród otoczony wysokim murem mającym zatrzymać napór dżungli nie jest dobrym rozwiązaniem, ponieważ dżungla rozrasta się z ogromną siłą i mur nigdy nie będzie dość wysoki, aby ochronić ogród. To ogrodnicy muszą udać się do dżungli”[3].

Trudno pozbierać w tak krótkim tekście wszystko, co jest nie tak w tej wypowiedzi. Najbardziej skandaliczne wydaje się to, że Borrell wciąż reprezentuje Europę jako jej naczelny dyplomata (sic!). Jeśli spotyka się z przywódcami krajów Afryki, Ameryki Południowej czy Azji, wiadomo że wszystko, co powie, powie do nich jako przedstawiciel cywilizacji rozmawiający z dziczą. I to w pigułce pokazuje, co europejscy politycy naprawdę myślą o świecie i jak rozumieją dyplomację. Ursula von der Leyen, szefowa Komisji Europejskiej, składając serdeczne życzenia z okazji 75. rocznicy powstania państwa Izrael, też ujawniła nieco ze swojej intrygującej wrażliwości, stwierdzając: „Dosłownie sprawiliście, że zakwitła pustynia”[4]. Wielu komentatorów wskazało na ukryty rasistowski i kolonialny ton tej wypowiedzi. Ja widzę w niej trawestację doktryny terra nullius przyświecającej niegdyś kolonizacji Australii. Wygląda na to, że w oczach polityczki przed założeniem państwa Izrael na terenach Palestyny roztaczał się jedynie pustynny krajobraz, zamieszkały przez dzikie zwierzęta. Nie wiem, jak można powierzyć los Europy komuś tak ograniczonemu.

Europejska przeszłość (i przyszłość)

Gdy spojrzy się na artystyczne i kulturowe wydarzenia, wystawy, publikacje i konferencje organizowane w Europie, można wysnuć wrażenie, że najważniejszym tematem toczących się w niej dyskusji, jest właśnie konieczność wyjścia z ram europejskiego kolonializmu. Zarazem jednak tego rodzaju wypowiedzi polityków nie prowadzą do większego oburzenia, nie sugerują, że może nasi reprezentanci również w innych kwestiach mają podobnie ograniczone spojrzenie. Europejczycy wciąż chcieliby takiej dekolonizacji, którą oni sami będą mogli kierować. Dlatego tak kochają ludy rdzenne i tak nienawidzą silniejszych organizmów państw stanowiących dla nich potencjalną konkurencję. Hasło „dekolonizacji Rosji” jest też po części symptomem niemożliwości wyjścia z tej sprzeczności. 

Dzieje się tak również dlatego, że Europa nosi w sobie nie tylko piętno kolonizatorskiej przeszłości, ale też kompleks terenu skutecznie skolonizowanego przez amerykańskiego hegemona. Politycznie, kulturowo i ekonomicznie Stary Kontynent jest dziś po prostu przybudówką USA i realizuje przede wszystkim jego interesy. I właśnie stanął w sytuacji, w której coraz wyraźniej widać, że nie są one zawsze kompatybilne z jego własnymi.

Paradoksalne jest to, że im bardziej Europa jest faktycznym wasalem USA, tym bardziej próbuje zachować swoje znaczenie na poziomie retoryki. Prowadzi to do systematycznego ośmieszania się europejskich polityków, którzy jeżdżą po świecie i pouczają przywódców innych krajów, jakby ktokolwiek był jeszcze zainteresowany takimi poradami. Dla Chińczyków czy Brazylijczyków europejscy politycy nie mają do zaproponowania niczego, czego nie można by wcześniej usłyszeć od Amerykanów.

Taka niesamodzielność nie wychodzi Europie na dobre, co wyraźnie dowiodła wojna w Ukrainie i wciąż zaostrzający się konflikt USA z Chinami. Sankcje nałożone na Rosję (jedenaście razy!) przyniosły szkody przede wszystkim europejskiej ekonomii[5], odcięły ją od taniego źródła energii i skazały na jeszcze większą zależność od dostaw z USA. Negatywny wpływ na gospodarkę Rosji nie jest nawet zbliżony do oczekiwanego[6]. Wciąż postępująca eskalacja konfliktu każe myśleć o Europie jako o potencjalnej scenerii wojny pełnoskalowej, na którą nie ma ona ani zasobów militarnych, ani, jeśli wierzyć nastrojom mieszkańców, wyraźnego powodu. Jakikolwiek radykalny ruch przeciwko Chinom – o czym mówią już nawet niektórzy europejscy politycy i część środowisk biznesowych – skończy się gospodarczą katastrofą. Wszystko wskazuje jednak na to, że i tak będziemy realizować polecenia zza oceanu.

A główny nurt tamtejszej kultury politycznej jest właściwie bez znaczących wyjątków neokolonialny.

Jak zauważał Zbigniew Brzeziński w „Wielkiej szachownicy”, bezprecedensowa dominacja amerykańskiego imperium nad całym światem stawia przed nim jedno naczelne zadanie: nie dopuścić do wyłonienia się jakiegokolwiek realnego konkurenta[7]

 W swojej analizie przedstawia on wizję świata jako zbioru figur szachowych, które Ameryka może dowolnie przesuwać, aby utrzymać hegemoniczne status quo. Wszystkie chwyty są dozwolone tak długo, jak realizują główny cel. Potencjalnych rywali należy zdaniem Brzezińskiego osłabiać, wykorzystując inne kraje, które nazywa on eufemistycznie „geopolitycznymi sworzniami” [geopolitical pivots][8]. To tak naprawdę pionki służące do destabilizacji większych graczy, dlatego wśród nich znaleźć można Ukrainę, Azerbejdżan, Koreę Południową, Turcję czy Iran. Wszystkie te kraje mogą być użyte do tego, żeby osłabiać rozwój potęgi rosyjskiej czy chińskiej. I faktycznie do tego były i są używane. Jak pokazuje stworzony w 2019 roku raport wpływowej w Waszyngtonie Rand Corporation, jednym z zalecanych wówczas kroków było dozbrajanie Ukrainy, mające na celu wciągnięcie Rosji w konflikt, a następnie zniszczenie jej sankcjami i międzynarodową izolacją[9]

Działamy bez cenzury. Nie puszczamy reklam, nie pobieramy opłat za teksty. Potrzebujemy Twojego wsparcia. Dorzuć się do mediów obywatelskich.

Patrząc na rozwój wypadków na froncie ukraińskiej wojny można dojść do przekonania, że w tej rozgrywce cała Europa staje się powoli takim sworzniem. Zwłaszcza, że konflikt ten osłabia w nieprzewidywalnym wcześniej tempie globalną dominację Ameryki, która na tej szachownicy, poza Europą i paroma tradycyjnymi sojusznikami, dysponuje coraz mniej liczną armią. Utrata europejskiego sojusznika mogłaby okazać się początkiem końca jej panowania.

W tym kontekście jeszcze bardziej dziwić musi usłużność europejskich polityków, którzy zamiast aktywnie zabiegać o bezpieczeństwo na własnym podwórku, ulegają retoryce i szantażom amerykańskich jastrzębi.

Dyskurs światowej dominacji nie tylko nie osłabł od czasów Brzezińskiego, ale doszedł do tak szalonego natężenia, że dziś tezy autora „Wielkiej szachownicy” – przeniknięte głęboko uwewnętrznionym imperializmem – wydają się wręcz oazą umiaru i odpowiedzialności. Polityka amerykańska jest dziś podporządkowana neokonserwatyzmowi, dla którego wojna jest jedynym sposobem zapewnienia zwycięstwa ogrodu nad dżunglą. Stawiając swoich sojuszników nieustannie pod pręgierzem wyboru między Dobrem i Złem, szantażując ich wiecznie powracającą figurą „Monachium”[10] i kryminalizując jakiekolwiek gesty dyplomatyczne wobec wskazanych wrogów, neokonserwatyści są gotowi podpalić cały świat, byle tylko podtrzymać swoją rolę jako globalnego szeryfa. Ta formacja polityczna nie zeszła ze sceny wraz z końcem prezydentury George’a W. Busha. Wszystkie kolejne administracje były zdominowane przez neokonserwatystów, a dzisiejsza składa się praktycznie tylko z nich. Jej hegemonia jest tak wielka, że nawet w Europie nikt już nie jest w stanie myśleć ani mówić inaczej, tak jakby nie było możliwe czy dopuszczalne wychodzenie z innych przesłanek niż neokonserwatyści. Dziś nie ma w przestrzeni publicznej Europy innej moralności niż ten maniakalny imperializm, a mediom korporacyjnym i głównym komentatorom (również na tzw. lewicy) zaczęło się chyba naprawdę wydawać, że trzeba być jakimś rządnym krwi psychofanem Putina, Saddama czy innego Assada, żeby nie chcieć obracać kolejnych krajów w stos ruin. Niestety, praktykowanie moralnego szantażu zastąpiło jakąkolwiek przytomną wizję międzynarodowej polityki i wykluczyło możliwość otwartej debaty.

Potęga i raj

Neokonserwatyści nie są zainteresowani rozmową w kategoriach architektury bezpieczeństwa, bo ich napędza wyłącznie dominacja a nie współpraca. Wystarczy poczytać prominentnych przedstawicieli tej myśli, choćby Roberta Kagana, prywatnie męża Victorii Nuland, która od lat z niespożytą siłą stara się wywołać wojnę światową z Rosją. W książce pod tytułem „The Jungle Grows Back”, Kagan pisze o świecie dokładnie to, czego nauczył się od niego Josep Borrell. Światem ma rządzić Ameryka, ponieważ to Ameryka ma rządzić światem. W przeciwnym razie, osunie się on w przepaść, bo nikt inny nie ma tak czystych intencji, wzniosłej wizji przyszłości i monopolu na moralność. Nie żartuję, ta książka naprawdę napisana jest w takim duchu. Warto ją przeczytać choćby po to, żeby zobaczyć, że tym językiem mówi dziś cała klasa polityczna Zachodu, niezależnie od tego, jak prostackie są jego filozoficzne, historyczne i polityczne źródła.

„Wiedza o tym, że dżungla zawsze tam będzie, nie musi osłabiać wiary w możliwość trzymania jej w ryzach, jak czyniliśmy to przez dekady. (…) Liberalny porządek jest tak cenny, jak bardzo jest kruchy. To ogród, który wymaga ciągłej pielęgnacji, bo inaczej dżungla odrośnie i pochłonie nas wszystkich”[11]. Oto wspólny mianownik, wspólna metafora tej naszej, lepszej części świata. Podniosła czytanka.

Do czego doprowadziła ta brawurowa rozgrywka o światową dominację? Wróćmy do Brzezińskiego. W „Wielkiej szachownicy” przewidział on bowiem dzisiejszą sytuację międzynarodową, nazywając ją najbardziej niebezpiecznym i szczęśliwie mało prawdopodobnym scenariuszem przyszłości. „Potencjalnie najbardziej niebezpiecznym scenariuszem byłoby powstanie wielkiej koalicji Chin, Rosji i być może Iranu – koalicji „antyhegemonistycznej”, opartej nie na ideologii, lecz na dopełniających się historycznych urazach. Przypominałaby ona swoją skalą i zasięgiem dawny blok sowiecko-chiński, choć tym razem przywódcą nie byłaby zapewne Rosja, tylko Chiny. Neutralizacja tego niebezpieczeństwa, jakkolwiek mało prawdopodobne może się ono wydawać, będzie wymagać od Stanów Zjednoczonych zręcznej gry geostrategicznej na zachodnim, wschodnim i południowym krańcu Eurazji jednocześnie”[12]. No cóż, nie pierwszy raz rzeczywistość zaskoczyła naiwnych ideologów, ale to raczej nie skłoni ich do autokrytycznej refleksji.

Z takim rozwojem wypadków Europa konfrontuje się z pozycji schizofrenicznej: zarazem kolonizatora i kolonizowanego. I w obu tych wymiarach również reaguje schizofrenicznie. Tam, gdzie jest skolonizowana, udaje kolonizatora i odwrotnie.

Rozplątanie tego węzła powinno być pierwszym krokiem ku realnej podmiotowości i aktywnej obecności w realnym, a nie urojonym przez szaleńców, świecie międzynarodowej wymiany. Trzeba więc przede wszystkim doprowadzić do końca dekolonizację Europy – i to w obu jej wymiarach – zamiast kupować kolejne strategiczne gierki zza oceanu, których jedynym skutkiem będzie więcej cierpienia i śmierci. Do tego potrzebne jest wyjście poza dziś niezwykle szybko starzejącą się realność powojennego porządku jednobiegunowej dominacji USA. Nie wiadomo, czy wyłoni się z tego lepszy świat i dla kogo okaże się on lepszy w dłuższej perspektywie. Ale powstrzymywanie go za wszelką cenę doprowadzić może do końca świata w ogóle – oto wybór przed jakim stajemy. Żeby odpowiedzialnie zdecydować, gdzie chcemy się znaleźć, trzeba przestać być intelektualną, kulturową, polityczną i militarną kolonią Ameryki. Iść w ślady Globalnego Południa, które już wybudziło się z tego dziecięcego snu.

Gdy przyjrzeć się bliżej szansom na taką emancypację, można z przerażeniem odkryć, że kolonizacja Starego Kontynentu sięga głębiej i opiera się na bardziej bezwzględnych praktykach, niż popularność takiej lub innej doktryny politycznej. Przyjrzyjmy się dwóm przykładom z ostatniego roku. Wiele wskazuje na to, że za zerwaniem rozmów pokojowych, jakie pod koniec marca 2022 roku Ukraina prowadziła z Rosją, stoją Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. „Rosyjscy i ukraińscy negocjatorzy wydawali się zgadzać na wstępne warunki tymczasowego porozumienia: Rosja wycofa się na pozycje z 23 lutego 2022 roku, gdy kontrolowała część Donbasu i Krym, a w zamian za to Ukraina obieca rezygnację z członkostwa w NATO i otrzyma gwarancje bezpieczeństwa od całej grupy krajów”[13].

To nie rosyjska ulotka propagandowa, ale artykuł Fiony Hill i Angeli Stent – raczej dalekich od prorosyjskich sympatii – w jesiennym numerze „Foreign Affairs”. Wersje, zgodnie z którą to wizyta Borisa Johnsona w Kijowie oraz presja Amerykanów przyniosły zerwanie procesu pokojowego, potwierdzili niezależnie: były premier Izraela Naftali Bennett[14], minister spraw zagranicznych Turcji Mevlut Cavusoglu[15], a także redaktorzy pisma „Ukraynska Pravda”[16].

Jeśli tak rzeczywiście było, oznacza to, że są kraje NATO, które nie chcą kończyć wojny, nawet jeśli skłonni będą do tego jej bezpośredni uczestnicy. Wydaje się to niestety spójne z wypowiedzią Llyoda Austina, szefa departamentu obrony USA, który wprost ogłosił, że celem Stanów Zjednoczonych w Ukrainie jest „osłabienie Rosji”[17]. Realizacja tego celu oznacza dziś poświęcanie życia Ukraińców, którzy mogliby żyć, gdyby rozmowy pokojowe doprowadzono do końca. I wskazuje, że jeśli eskalacja działań wojennych się nie zatrzyma, każdy kolejny kraj (w tym Polska) będzie traktowany przez Amerykanów równie instrumentalnie. Nie wiem, co społeczeństwom Europy może to przynieść dobrego.

Wiemy niestety, co może się stać, gdyby kraje Starego Kontynentu nabrały wątpliwości w stosunku do tego zaordynowanego im z zewnątrz scenariusza. Im mniej mówi się o wysadzeniu Nord Stream 2, tym bardziej ponury cień owo milczenie rzuca na naszą przyszłość. Wciąż jedyną sensowną wersją wydarzeń jest  odpowiedzialność Amerykanów, co opisał jako pierwszy legendarny dziennikarz Seymour Hersh[18]. Jak dotąd amerykańskie media korporacyjne albo ignorują ten fakt, albo przedstawiają coraz bardziej niedorzeczne i niebezpieczne scenariusze[19]. Ostatni to wręcz otwarte zwalenie całej winy na rząd Zełenskiego, co też powinno dać do myślenia tym, również w Polsce, którzy za bardzo dają się uwieść wizji naszego nierozerwalnego partnerstwa. Gdy przyjdzie odpowiedni moment, każdy zostanie sam. Również dudni w uszach całkowite milczenie organizacji broniących klimatu wobec największego w historii wyrzutu metanu do atmosfery[20].

Tymczasem istnieje długa historia mniej lub bardziej jasnych gróźb zniszczenia rurociągu ze strony amerykańskich polityków, podobnie jak ich entuzjastycznych wypowiedzi już po fakcie[21]. Najważniejsze wydaje się jednak co innego: brutalny szantaż rzekomo jednego z najważniejszych sojuszników USA w Europie oraz bezradność niemieckich polityków, którzy nie złożyli nawet oficjalnej skargi na tego rodzaju akt terroru. Nie mówiąc już o społeczeństwach krajów europejskich, których potencjalną gospodarczą stabilność ktoś po prostu wysadził w powietrze. Nie jest to argument za czy przeciw dostawom surowców z Rosji, czy skądkolwiek indziej. Tylko sugestia, że to my w Europie powinniśmy o tym decydować w sposób demokratyczny.

To samo, na jeszcze większą skalę, dzieje się w samej Ukrainie. Kraj jest zależny od pomocy międzynarodowej w tak wielkim stopniu, że trudno jeszcze mówić o jego autonomicznej decyzyjności, zwłaszcza biorąc pod uwagę, jak traktuje się w Europie sojuszników w o wiele lepszym stanie ogólnym. Jak pokazuje Amanda Yee, Ukrainę wplątano w spiralę zadłużenia, charakterystyczną dla neokolonialnych praktyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego[22]. W ten sam sposób globalne instytucje służące podtrzymaniu neoliberalnego porządku i amerykańskiej dominacji traktują kraje Południa od dekad, co świetnie pokazuje m.in. książka Johna Perkinsa „Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty”[23]. Gdy pozna się opisane w niej mechanizmy, trudno się już zdziwić, że od 2014 roku międzynarodowe korporacje przejmowały publiczny majątek Ukrainy[24], natomiast dziś amerykańscy giganci naftowi przejmują Naftogaz, a BlackRock masowo wykupuje nieruchomości[25]. Nie ma jak się temu przeciwstawić w kraju opętanym chaosem wojny i w społeczeństwie pozbawionym możliwości realnej opozycji wobec decyzji rządu.

Pokazuje to, że wbrew oficjalnej retoryce propagandowej oderwanie Ukrainy od wpływów Rosji nie musi być równoznaczne z jej autonomią. Może być po prostu kolonialnym zawłaszczeniem przez instytucje i państwa, które bezkarnie działają w ten sposób od lat, mieniąc się zarazem jakimiś ogólnoświatowymi przedstawicielami reguł i porządku. Tak działa dziś kapitalizm kataklizmowy[26].

Jakby ktoś miał wątpliwości, jak wielką troską objęci są przez swych najbardziej zagorzałych sojuszników Ukraińcy, warto wskazać, że wcześniej Wielka Brytania, a teraz USA wysłały tam pociski ze zubożonym uranem. Broń tego rodzaju – jak pokazują niezliczone przykłady z Jugosławii czy Iraku – dokonuje trwałego skażenia ziemi, wywołuje szereg śmiertelnych chorób[27]. Ponieważ wojna toczy się na terenie Ukrainy, to przede wszystkim Ukraińcy będą ponosić konsekwencje tej życzliwej pomocy. Zaiste, bezcenne wsparcie.

Brutalna rzeczywistość

Mam nadzieję, że z powyższych rozważań wynika jasno, że  ostatnią rzeczą, jakiej potrzeba dziś Europie, w tym Ukrainie, jest podtrzymywanie wojennej konfrontacji w imię takich czy innych geopolitycznych celów. Na końcu tej drogi jest tylko czeluść i zgliszcza.

Nie ma czegoś takiego, jak wygrana wojna z potęgą nuklearną i każdy, kto twierdzi inaczej albo udaje, że tego nie rozumie, jest niebezpiecznym wariatem, a nie żadnym „liderem wolnego świata”. Jeśli nie dojdzie do gwałtownej zmiany polityki bezpieczeństwa w Europie, nie będzie ani wolności, ani świata.

W pierwszym przypadku, mimo wszystko „optymistycznym”, kontynent będzie skazany na postępujący kryzys, którego pierwszą ofiarą padną programy społeczne zawieszone w imię czegoś, co Thomas Fazi nazwał niedawno military austerity[28]. Scenariusz ten oznacza też postępujący autorytaryzm w całej Europie, która nie będzie mogła sobie pozwolić na żadne otwarte dyskusje na temat objętej strategii. Widać to już teraz. Ukraina natomiast może podzielić los Strefy Gazy albo Syrii, gdzie wojna będzie po prostu trwała bez końca. A scenariusz „pesymistyczny”? Proponuję obejrzeć sobie końcówkę „Dr Strangelove” Stanleya Kubricka i pomnożyć siłę finalnego wybuchu jakieś 5000 razy. A potem wyobrazić sobie życie na planecie dzień po.

Dekolonizacja Europy nie jest jej podzieleniem, ale właściwym zintegrowaniem w imię jej własnych interesów: gospodarczych, politycznych, społecznych. Tylko pokój prowadzi gdziekolwiek.

I to, że elity europejskie nie są zainteresowane robieniem wszystkiego, co się da na jego rzecz, a zajmują się za to powtarzaniem na okrągło najbardziej idiotycznych prowojennych pokrzykiwań amerykańskich neokonserwatystów, jest hańbą dla kontynentu i zdradą jego obywateli. Nie ma żadnego wytłumaczenia dla takiego igrania z ogniem. Dekolonizacja Europy oznaczałaby więc również konieczność wymiany znacznej części tych elit, które dawno upiły się imperialną retoryką USA i za nic w świecie nie chcą wytrzeźwieć. Niestety, nie widać dziś takiej możliwości na horyzoncie. Na razie wszystko wskazuje na to, że szybciej lub wolniej, z podniosłymi hasłami na ustach wszyscy pójdziemy na rzeź.


Przypisy:

[1]  Strona konferencji, dostęp 19 czerwca 2023. Rozwiniętą argumentację na rzecz dekolonizacji Rosji można znaleźć np.: Casey Michel, Decolonize Russia.

[2] Por. https://www.youtube.com/watch?v=RM0uvgHKZe8, [dostęp 19 czerwca 2023].

[3] Por. https://www.youtube.com/watch?v=-MncHLS51uM, [dostęp 19 czerwca 2023].

[4] Por. https://www.youtube.com/watch?v=vxoWRT9i6Ls, [dostęp 19 czerwca 2023].

[5] Por. Andrew J. Masigan, How Trade Sanctions on Russia backfired in Europe, [dostęp 19 czerwca 2023].

[6] Por. Valeriy Nozhin, Could the Russian Economy Thrive Despite Western Sanctions?, [dostęp 19 czerwca 2023].

[7] Por. Zbigniew Brzeziński, Wielka szachownica, przeł. Tomasz Wyżyński, Bertelsmann Media, Warszawa 1998, s. 201.

[8] Tamże, s. 41.

[9] Por. Overextending and Unbalancing Russia. Assessing the Impact of Cost-Imposing Options, dostęp 19 czerwca 2023.

[10] Na ten temat, por. Stefan Halper, Jonathan Clarke, America Alone: The Neo-Conservatives and the Global Order, Cambridge University Press, New York 2004, s. 36.

[11] Robert Kagan, The Jungle Grows Back. America and Our Imperiled World, Alfred A. Knopf, New York 2018, Ebook, s. 323/401.

[12] Zbigniew Brzeziński, Wielka szachownica, przeł. Tomasz Wyżyński, Bertelsmann Media, Warszawa 1998, s. 55.

[13] Por. Fiona Hill, Angela Stent, The World Putin Wants„Foreign Affairs”, nr 9-10/2022, dostęp 19 czerwca 2023.

[14] Por. Dave DeCamp, Former Israeli PM Bennett Says US ‘Blocked’ His Attempts at a Russia-Ukraine Peace Deal, [dostęp 19 czerwca 2023].

[15] Por. Turkish FM says some NATO states want Ukrainian war to continue, [dostęp 19 czerwca 2023].

[16] Por. Jake Johnson, Boris Johnson Pressured Zelensky to Ditch Peace Talks with Russia: Ukrainian Paper, [dostęp 19 czerwca 2023]. Więcej na ten temat, por. Report: Russia, Ukraine Tentatively Agreed on Peace Deal in April.

[17] Por. Dave DeCamp, After Kyiv Visit, Lloyd Austin Says US Goal Is For Russia To Be „Weakened”, [dostęp 19 czerwca 2023].

[18] Por. Seymour Hersh, How America Took Out The Nord Stream Pipeline, [dostęp 19 czerwca 2023]. Najbardziej szczegółowa znana mi analiza potwierdzająca jego wersję znajduje się tu: Secret Team: The Nord Stream Pipeline Sabotage Revisited.

[19] Por.  https://www.nytimes.com/2023/03/07/us/politics/nord-stream-pipeline-sabotage-ukraine.html, a także: https://www.nytimes.com/2023/06/06/us/politics/nord-stream-pipeline-attack-intelligence.html, [dostęp (za opłatą niestety) 19 czerwca 2023].

[20] Por. James Dinneen, Nord Stream Leak May Have Been Largest Methane Emission Ever Recorded, [dostęp 19 czerwca 2023].

[21] Por. Jonathan Cook, Why Media Don’t Want To Know the Truth About The Nord Stream Blasts, [dostęp 19 czerwca 2023].

[22] Por. Amanda Yee, The IMF Debat Trap in Ukraine, [dostęp 19 czerwca 2023].

[23] Por. John Perkins, Hitman. Wyznania ekonomisty od brudnej roboty, Studio EMKA, Warszawa 2006.

[24] Por. Raport Oakland Institute, [dostęp 19 czerwca 2023].

[25] Por. Naftogaz Held Talks With US Oil Companies About ENergy Projects in Ukraine, Financial Times Reports, a także: Ben Norton, US Corporations Cash In on Ukraine’s oil and gas, [dostęp 19 czerwca 2023].

[26] Por. Naomi Klein, Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne, przeł. H. Jankowska, T. Krzyżanowski, K. Makaruk, M. Penkala, Muza SA, Warszawa 2008.

[27] Por. Tara Copp, A Look at the Uranium-Based Ammo the UK Will Send to Ukraine, a także: Michael R. Gordon, U.S. Set to Approve Depleted-Uranium Tank Rounds for Ukraine, [dostęp 19 czerwca 2023].

[28] Por. Thomas Fazi, The Rise of Europe’s Military Austerity, [dostęp 19 czerwca 2023].

Iceland, Liechtenstein, Norway – Active citizens fund

Działania organizacji w latach 2022-2024 dofinansowane z Funduszy Norweskich w ramach Programu Aktywni Obywatele – Fundusz Regionalny.

Sprawdź inne artykuły z tego wydania tygodnika:

Nr 189 / (33) 2023

Przejdź do archiwum tekstów na temat:

# Polityka # Świat

Być może zainteresują Cię również: